Czy tylko raz żyjemy na Ziemi

Z Himalaya-Wiki
Skocz do: nawigacja, szukaj

Czy tylko raz żyjemy na Ziemi - rzecz o Reinkarnacji wedle danych Wschodu i Zachodu. Wanda Dynowska

W Dynowska.jpg

Wstęp

W Palestynie, na stokach Hermonu, 45 mil na północ od Morza Martwego, możemy jeszcze dziś ujrzeć ruiny starożytnego miasta, Cezarei Filipowej. Pewnego dnia, przed wiekami, zbliżając się do tego grodu Chrystus, jeżeli mamy wierzyć opowiadaniu Ewangelii, zadał uczniom pytanie doniosłości tak wielkiej, że gdyby następne pokolenia zrozumiały były rzeczywiste jego znaczenie cała religijna historia cywilizacji zachodniej inną potoczyłaby się koleją.

„Kimże mię być powiadają ludzie?”

Dla nas pytanie to jest prawie zagadkowe, lecz uczniowie zdawali się rozumieć słowa Mistrza, gdyż jeden z nich odpowiada: „Janem Chrzcicielem”. Jan niedawno został święty; inni uczniowie mówią, że widzą w Nim wcielenie Eliasza lub Jeremiasza, którzy obaj zmarli setki lat temu. A drudzy mówią, iż prorok niektóry z onych starych zmartwychwstał. Był więc Jezus wedle przekonania współczesnych, jednym z dawnych proroków, co wskazuje jak rozpowszechnione było w owych czasach pojęcie reinkarnacji.

Można by w prawdzie zauważyć, i słusznie, że Jezus nie potwierdza żadnego z tych przypuszczeń, a zgadza się na słowa iż jest Synem Bożym. Musimy jednak przyznać, że nigdy nie zaprzecza istnienia reinkarnacji, raczej stwierdza jej prawdziwość tymi znanymi, ale jakże mało rozumianymi słowy: „Ale powiadam Wam iż Eliasz już przyszedł, wszakże nie poznali go, ale uczynili mu co chcieli... Tedy zrozumieli uczniowie, że o Janie Chrzcicielu mówił do nich”.

Józef Flawiusz w swej Historii Wojny Żydowskiej daje do zrozumienia, że wiara w powrót duszy była powszechna w tym narodzie. Potwierdzenie tego znajdujemy w niektórych ustępach Ewangelii, prócz tych któreśmy już przytoczyli.

Reinkarnacja dobrze była znana Rzymianom, wielu poetów wspomina o niej. W Grecji wykładana była przez kilku filozofów, dość wspomnieć Platona. W starożytnej religii egipskiej możemy znaleźć jej ślady, choć w nieco zmienionej formie; później w Aleksandrii Neo-Platończycy, a potem Gnostycy studiowali poważnie tę ideę. Opiewały ją Sagi północy i powtarzały legendy Galii, stanowiła też część wiedzy mistycznej druidów i dziś można jeszcze spotkać wśród Celtów Irlandii i Bretanii wiarę w wielokrotny powrót dusz na ziemię.

I (rzecz zdawałoby się dziwna) idea reinkarnacji dobrze była znana znikającym dziś powoli plemionom Indian Czerwonoskórych w Ameryce; od Alaski do Peru, u Eskimosów, Siuksów i Zunisów, a przede wszystkim Inków, wszędzie kapłanie uczą o reinkarnacji, wszędzie lud ją przyjmuje, nawet tubylcom wysp Hawajskich i Australii oraz wysp Morza Południowego nie jest obca.

Ale najszerzej jest znana i największy wpływ wywarła na Wschodzie. Stanowi podstawę prawie wszystkich systemów religijnych i filozoficznych Indii. I w dobie obecnej na całym Wschodzie, około 650 milionów ludzi przyjmuje reinkarnację, mniej więcej tak, jak my prawo ciążenia za niewzruszone i stwierdzone prawo przyrody, które poddawać w wątpliwość byłoby absurdem.

Czy prawdziwą więc jest, czy też nie, musimy ją uznać za jedną z podstawowych idei religijnych ludzkości. Jest ona prawie tak powszechna, jak wiara w moc Boga. Pochodzenie jej jest nieznane, tak daleko cofa się w mrok wieków, tak głęboko sięga w liczne warstwy myśli ludzkiej, gromadzone powoli w przeciągu tysiącleci, iż niemożliwe jest dotarcie do źródła, ani odnalezienie początków tej idei.

Możemy przypuszczać, że wiara w reinkarnację istniała na długo przed historyczną epoką; we wszystkich bowiem religiach i mitach ludów pierwotnych odnajdujemy jej ślady; ale właśnie dzięki swemu niezmiernie starożytnemu pochodzeniu, na nieszczęście dociera ona do nas często spaczona, przekręcona z dodatkiem różnych przesądów, a myśl zachodnia odwracając się z niechęcią od tych zabobonów i nielogicznych koncepcji, nie umie oddać sprawiedliwości głębokim wartościom filozoficznym idei zasadniczej.

Któż z nas pragnąłby odrodzić się pod postacią muchy lub psa? A o takiej możliwości mówią na Wschodzie ludzie ciemni i bez wykształcenia. Jednak jakaś żywa podstawowa prawda musi tkwić na dnie wszystkich legend, krzewiącej się bujnie wokół wiary w powrót dusz; w przeciwnym bowiem razie idea reinkarnacji nie mogłaby się utrzymać przez tysiące wieków, ani też zdobyć uznania tylu wielkich myślicieli świata.

Jednym z zadań ludzi którym leży na sercu prawdziwy postęp ludzkości jest przedstawienie zasadniczej prawdy reinkarnacji w postaci czystej, wolnej od wszelkich przesądów i fałszywych pojęć. Możemy zaobserwować prawie ze zdziwieniem, jak prędko kulturalne warstwy naszych społeczeństw zainteresowały sie reinkarnacją poważnie w ostatnim półwieczu.

Przed czterdziestu laty może zaledwie setka osób poważnie traktowałaby tę ideę, a jeszcze mniejsza ilość czyniła z niej podstawę swej filozofii życiowej; dziś mamy na Zachodzie najmniej około miliona ludzi, którzy w idei reinkarnacji znaleźli najlogiczniejszą odpowiedź na cały szereg zagadnień, tak religijnych i filozoficznych, jak i społecznych. Wiara w reinkarnacje rozprzestrzenia się dziś coraz bardziej wśród myślących grup wszystkich narodów.

Nie w pragnieniu powrotu na ziemię należy szukać tego przyczyny; bynajmniej - gdyż większość wzdraga się na razie przed tą myślą; pojęcie reinkarnacji narzuca się samo dzięki swej jasnej logice, dzięki odpowiedzią jakie daje na zagadnienia najbardziej ludzkość niepokojące. Wielu z tych, którzy badają prądy myśli współczesnej jest przekonanych, że wkrótce idea reinkarnacji zostanie przyjęta przez większość myślicieli, nie z powodu jej chwilowej popularności, a dla tego, że posiada ona moc przekonywującą, że rozwiązuje szereg najbardziej złożonych, a przez religię nie wyjaśnionych zagadnień i zagadek, rozjaśniając przez to życie i dając nową siłę do walki i postępu.

Będzie ona bez wątpienia „Wielką Ideą” naszego wieku, podobnie jak ewolucja była twórczą, przewartościowującą wszystkie pojęcia ideą wieku ubiegłego.

Wanda Dynowska

Niepokój ludzkości

Charakterystyczną cechą naszej epoki jest niepokój intelektualny. Czy nie dlatego, że większość dręczących ludzi zagadnień pozostaje bez odpowiedzi? Wprawdzie granica pomiędzy znanym a nieznanym została dziś znacznie przesunięta, ale zaczynamy zdawać sobie sprawę, że teren zdobyty jest o wiele mniejszy niż przypuszczaliśmy. Na razie zwykłemu widzowi zdawać się może, iż nauka zdoła poznać wszystko; ale uczony, badający starannie i wytrwale różne zjawiska, wie dobrze, iż ze wszystkich stron otaczają go zagadki. Zwykłemu nabożnemu chrześcijaninowi zdaje się również, że chrześcijaństwo współczesne jest potężną fortecą; lecz bardziej przenikliwy wzrok jego kierowników dostrzega na jego murach spękania i rysy; może pod wpływem ognia nieubłaganej, a coraz śmielszej w swych atakach krytyki, czy kryzysu moralnego ludzkości.

Parę wieków temu rozpoczął się ostry konflikt pomiędzy nauką a teologią. Ślepa wiara, tradycja, a nawet nie jeden dogmat, były podważane przez powagę badań naukowych i ścisłego rozumu; chwiały się też pod ciśnieniem nieustannych pytań i wątpliwości co do wszelkich zagadnień życia. Dawne pojęcia o Bogu i duszy, o przeznaczeniu i objawieniu, zostały obalone jak i spekulatywne koncepcje o świecie niewidzialnym.

W tym okresie rewolucji intelektualnej wolnomyśliciele wielu narodów zapragnęli zniszczyć na zawsze przesąd i fałsz, jakie ich dotychczas przytłaczały; byli w tym jednak zbyt skorzy, za daleko poszli w tym niszczeniu i razem z przesądem odrzucili nie jedną prawdę.

Nieuniknionym następstwem tej reakcji był materializm. Początkowo uważano, iż dać on może zadawalającą odpowiedz na wszystkie pytania. Ludzie ożywieni tą nadzieją byli przekonani iż wszystko, nawet myśl ludzka da się wytłumaczyć logicznie i prosto, tak samo jak fakty świata fizycznego. Uważano iż poza energią, materią i prawami które nimi rządzą, nic więcej nie istnieje we wszechświecie; nie znajdywano miejsca na świadomość.

Dawne wierzenia, które tak długo zatrzymywały cywilizację w jej zwycięskim pochodzie, umarły – mówiono radośnie. Bóg był mitem, dusza wytworem wyobraźni, przeznaczenie zamieniono w sprawną funkcjonowaniem machinę świata, a religie zaczęto uważać za stek naiwnych legend i mniej lub więcej zdrowej moralności. Tak oto, na początku tego nowego intelektualnego obudzenia się, ścisły rozum naukowy obalał swego zażartego wroga – Teologię, i dążył wielkimi krokami ku wielkim podbojom.

Nastąpił okres jakby młodzieńczego zapału. Gorączkowe pragnienie zdobywania pchało ludzi od jednego odkrycia do drugiego. Wydawało się człowiekowi, że za chwilę odgadnie wszystkie tajemnice natury. Doświadczenia fizyki stwierdziły, iż przyroda a prawo, to jedno; chemia dzięki swym genialnym badaniom, odkrywała nieznaną budowę materii. Biologia ze swą teorią ewolucji, wykazywała ład i celowość w dziedzinach złożonego życia organizmów; na warstwach i pokładach skorupy ziemskiej odczytano cudowną historię ubiegłych wieków; wielkie teleskopy zestrzelały i projekcyjnie rzucały na fotograficzną kliszę, fale świetlne olbrzymich mgławic i milionów odległych słońc; zaś ciało ludzkie, badane przez dysekcję, stało się przedmiotem wielorakich nauk: anatomii, fizjologii, histologii, embriologii, medycyny itd.

Zdało się, iż za chwilę cały świat podda się władzy człowieka i radosny, młodzieńczy dreszcz zapału dla jego „wszechwiedzy” wstrząsnął ludzkością.

Postarzeliśmy się nieco od tego czasu; jeśli nie całkiem zniknął nasz zapał, to o ileż jest on dziś spokojniejszy i bardziej dojrzały. Używane początkowo, nieco pośpiesznie, metody naukowe powoli zastępujemy innymi, coraz dokładniejszymi i odpowiedniejszymi. Wiele pojęć odrzuconych w przeciągu ostatnich czterech wieków podejmujemy teraz na nowo i poddajemy szczegółowym badaniom. Jak poszukiwacze drogocennych minerałów skrzętnie przeglądamy odłamki, które w pierwszej chwili odrzuciliśmy, i znajdujemy wśród nich jeszcze wiele skarbów. Przekonujemy się również, że wśród najbardziej cenionych przez nas klejnotów było wiele fałszywych i bez wartości. Nauka musiała odrzucić nie jedną ze swych teorii; religia nie jeden dogmat, filozofia nie jedną koncepcję. I ludzie zaniepokojeni rzucają trwożne, choć niejasno formułowane pytanie: ku czemu idziemy – co z dalszych badań wyniknie? Jest oczywiste, że wiele dawnych teorii i dogmatów nie da się utrzymać – ale co je zastąpi? Żądza poznania stwarza wciąć nowe i bardziej złożone pytania, a wiele z nich pozostaje bez odpowiedzi. Stąd niepewność, zmieniająca się w męczący, a nieraz bolesny niepokój. Materializm stał się dziś bez wątpienia przeżytkiem; ale myśl religijna nowej epoki szuka gorączkowo, a może i niepewnie, odpowiedniego wyrażenia się i prawdziwszych syntez.

Czy Bóg istnieje? Czy istnieje jakieś prawo moralne u podłoża wszechświata? A jeżeli tak, czemuż okrucieństwo i przemoc panują? Dlaczego silny niszczy i wyzyskuje słabszych, a młodsi padają ofiarą starszych?

Jeżeli Bóg naprawdę istnieje skąd tyle nędzy i męki na świecie, tyle niezasłużonego cierpienia, okrucieństwa i potworności; a z drugiej strony tylu niesprawiedliwie uprzywilejowanych? Dlaczego dzieją się niewytłumaczone zdarzenia – oto mężczyzna w sile wieku nagle traci wzrok; a matkę karmiącą niemowlę zabija pijany woźnica; ileż dzieci męczy się niewinnie, w długich dotkliwych chorobach? Czyż naprawdę wraz z Millem, trzeba powiedzieć, że jeśli istnieje Bóg, to albo się tymi sprawami wcale nie zajmuje, albo nie moc jest zmienić w nich cokolwiek? Mówiąc o niezbadanej Opatrzności, nie rozwiązujemy problemu, dowodzimy tylko naszej niewiedzy.

Czy czyny dobre pociągają za sobą nagrodę, a złe karę? Doświadczenie nam mówi, że zwykle jest inaczej. Ileż to razy zbrodniarz buja swobodnie po świecie, a ludzie niewinni giną w więzieniach. Przeciętni i marni zdobywają dostatki i stanowiska, a ludzie o istotnej wartości uginają się pod brzemieniem niedostatku i troski. Nienawiść i zazdrość podstępnie podcinają pracę i życie ludzi czynu, a tłum oklaskuje szalbierstwa kuglarzy. Kościoły, które pragną ludzkości pomagać, tracą sferę wpływów oraz możność działania, a występek zdaje się być z każdym dniem silniejszy. W interesach handlowych uczciwość nie popłaca – powtarza się dziś na targowiskach – oszust jest panem, święty by tam miejsca nie znalazł. Cnoty chrześcijańskie nie mogą się oprzeć sile brutalnej, wszak musimy się zbroić, by nie paść ofiarą silniejszego. Te słowa i tym podobne, słyszy się dziś wciąż.

Niedawno wypuszczono z więzienia skazańca, który spędził tam prawie trzecią część swojego życia. Okoliczności tak się nieszczęśliwie przeciw niemu złożyły, że po mimo jego protestów i zapewnień o swej niewinności, był skazany na dożywotnie ciężkie roboty. Po dwudziestu latach, właściwy zbrodniarz na łożu śmierci, przyznał się do winy. Domniemany, a niewinny odzyskał wolność, ale w jakimże stanie! Jako ruina fizyczna, umysłowa i moralna, gdyż nasz chwalebny system więzienny łamie i niszczy nie tylko zdrowie ludzkie. W tym stanie spotkał go pewien ksiądz protestancki interesujący się opuszczającymi więzienie skazańcami, człowiek o głębokim rozumie i wielkim sercu, i chciał go pocieszyć i dać mu oparcie. Czując całą niemoc słów, położył mu po prostu rękę na ramieniu, zaklinając, aby był silny i cierpliwy, aby wierzył i ufał w moc Boga i miłość Chrystusa. Lecz słowa te nieoczekiwane wywarły wrażenie; nagłym ruchem były więzień podniósł głowę i płomień buntu błysnął w oczach przygasłych i zmatowiałych goryczą 20 lat; głosem urywanym a głuchym jednym tchem wyrzucił pytanie: „Jak śmiecie mówić mi, iż to wola Boga wtrąciła mnie do więzienia? Jeśli Bóg jest miłującą sprawiedliwością, czemuż mnie nie uratował? Cóżem uczynił, by zasłużyć na takie cierpienie? Byłem uczciwy i pracowałem dla swojej rodziny, którą kochałem. Wtrącono mnie na dno piekła za zbrodnie której nie popełniłem. Byłoż wolą Boga, by żona moja i dzieci z głodu umarły? Gdzież są one teraz, od lat nie mam żadnych wiadomości. Zginęły z nędzy, lub może spotkał je los od śmierci straszniejszy. A ja? Spójrzcie na mnie! Czyż nie jestem ruiną, odpadkiem, odrzuconym na gnojowisko waszej cywilizacji? I wy śmiecie twierdzić, że tego Bóg chciał? Idźcie - nie chcę takiego Boga”.

I ksiądz oddalił się z żalem w sercu, gdyż nie miał argumentów i nie umiał przekonać tego człowieka, że jednak Bóg istnieje i Jego miłość.

Religia chciałaby nas przekonać, że w innym świecie cierpienia nasze będą wynagrodzone, grzechy znajdą przebaczenie, a ciemnotę zastąpi wiedza. Przez wiele wieków ludzie z nadzieją wznosili oczy ku tym obiecanym zaświatom, cierpiąc na ziemi, by w innym świecie otrzymać obiecaną nagrodę. Ale dziś coraz natarczywiej cisną się pytania pełne zwątpienia. Jeśli Bóg stworzył ten nasz świat takim jakim jest, na czymże mamy oprzeć nadzieję, że inny będzie lepiej zorganizowany? Jeśli tutaj tak mało sprawiedliwości, dlaczegóż tam ma jej być więcej? A jeżeli przychodząc na świat wszystkie dusze są sobie równe, dlaczegóż losy ludzkie są tak uderzająco nierówne? Dlaczego nie wszyscy mają jednakową sposobność i łatwość rozwoju, czy jest to rzeczą przypadku? A przecie wszystkie inne zjawiska w naszym widzialnym świecie są rządzone niewzruszonymi przyrodniczymi prawami. Skąd ta niezgodność?

W świecie, w którym żyjemy równość ludzi jest mitem, pomimo głośnych mów i frazesów; fizycznie, moralnie, duchowo, umysłowo nie jesteśmy równi; środki którymi rozporządzamy, przeszkody, które nam utrudniają drogę są inne dla każdego, a los najczęściej zdaje się kpić z naszych planów.

Jedni posiadają zdrowie i siły fizyczne, drudzy mają ciało wątłe i chore. Jednym wdzięk i ujmująca powierzchowność ułatwia życie i budzi sympatie otoczenia, u innych szorstka zewnętrzność odtrąca od siebie. Jedni się cieszą żywą inteligencją, a drudzy zaledwie potrafią powoli i z trudem kojarzyć pojęcia. A miejsce jakie zajmujemy w świecie jakże bardzo jest zależne od naszych fizycznych i intelektualnych zdolności.

Równość? Ależ sama natura jej zaprzecza!

W jednym z naszych wielkich miast mogliśmy widzieć od szeregu lat kalekę, siadującego na skrzyżowaniu ulic na małym dywaniku. Miał już ze czterdzieści lat, a był wzrostu dziesięcioletniego dziecka, nogi i ręce miał powykręcane, aż ciężko było nań patrzeć. Od lat, a może od dziecka siadywał tak sprzedając ołówki na rogu ulicy, dla utrzymania swego smutnego życia. Cały jego intelektualny świat zamykał się w tym pasie ulicy. Porównajcie przygniatające ograniczenie tego życia, jego cierpienia fizyczne, głuchą, a może palącą tęsknotę do miłości, jednostajność dni, ciasnotę horyzontu, porównajcie z bogactwem możliwości przeróżnych, z mnogością wrażeń i przeżyć i uczuć w życiu któregokolwiek z nas. Jeżeli wierzymy w istnienie mocy bożej, to ona jest odpowiedzialna za przeznaczenie tego człowieka, albo bezpośrednio za skierowanie duszy czystej w ciało ułomne, albo też pośrednio, za stworzenie świata w którym tragedie podobne są możliwe.

Dlaczego zewnętrzne okoliczności stwarzają tak straszne różnice między ludźmi?

Jedno dziecko przychodzi na świat w wiosce Eskimosów i przez to samo już jest skazane na życie ciasne, o szczupłej skali możliwości; drugie znajduje wśród wysokiej cywilizacji wszystkie bogactwa kultury i najszerszego wykształcenia. Jedno się rodzi w brudnej, nędznej norze, gdzie się tłoczą męty ludzkiego życia, żyje odziane w łachmany, rozwija się w rynsztoku; drugie w rodzinie kochającej i subtelnej, wśród piękna i najodpowiedniejszych warunków, znajduje pomoc w rozwijaniu najlepszych cech swego charakteru. Z jednego wyrośnie bezdomny żebrak lub złoczyńca – drugi się stanie jednym z kierowców swego narodu, twórcą w swym społeczeństwie. Jeśli dusze naprawdę istnieją i są równe przy urodzeniu, po cóż to wyraźne faworyzowanie? Jeden jest z góry skazany na życie w nędzy i biedzie, drugi na życie szczęśliwe i łatwe. Czyż przeznaczenia nasze są nam z góry narzucone, bez celu, żadnym nie rządzone prawem? Gdzie więc szukać mamy dowodu sprawiedliwości i miłości Bożej? Każdy człowiek inne na swej drodze spotyka sposobności, cóż nimi kieruje? Przypadek? Jeden całe życie pracuje wytrwale, a zdarzenie nieoczekiwane zrządza, że wszystko traci i stare lata spędza w nędznym przytułku, na łasce. Drugi dziedziczy majątki i tytuły, rozbija się na jachtach i w automobilach, nurza się w zysku i wszelkich wyrafinowaniach współczesnej kultury; może to być pasożyt, próżniak, bezpożyteczny dla kraju, ale ma ręce pełne złota. Dlaczegóż tak jest, jeśli nam mówią, że ptaszek najmniejszy bez Bożej woli nie ginie?

Nieprawdą jest, że zależy to od pracy i inteligencji. Tylu wielkiej wartości ludziom nie udają się najenergiczniejsze wysiłki, tylu miernych i niezdolnych powodzi się nieustannie, a fortuna zdaje się sama ich szukać. Chcąc nie chcąc musimy przyznać, iż świat pełen jest uderzających różnic i niesprawiedliwości, których zwykła religia nie tłumaczy. Czujemy instynktownie, że musi istnieć jakiś wyższy, boski pierwiastek na dnie każdej rzeczy i wszelkich zjawisk, lecz dowieść, stwierdzić jego istnienia, opierając się na faktach widzialnych nie jesteśmy w stanie. Odwrotnie, zdawałoby się na podstawie obserwacji, iż chaos moralny przeważa nad jakimkolwiek ładem i prawem moralnym.

Nie dziw więc, że z dniem każdym zmniejsza się liczba ludzi szczerze wierzących. Wprawdzie chrześcijaństwo starało się rozwiązać te wszystkie problemy, podając dwa tłumaczenia: grzech pierworodny i wolę Bożą. Ale żadna z tych odpowiedzi nie zadawala współczesnego umysłu. Pierwsza nie wystarcza, gdyż nauka mówi o nie istnieniu takiego Adama jakiego przedstawia historia święta, uważając go raczej za symbol całej rasy ludzkiej, niż za indywidualną jednostkę - a więc i grzech pierworodny istnieć nie mógł, nauka i jemu daje z goła inne tłumaczenie. Druga nie zadawala, gdyż wówczas Bóg byłby bezpośrednio odpowiedzialny za cierpienie i mękę ludzkości, zwłaszcza za warunki, w których jednostka od urodzenia się znajduje.

I wzdragamy się nie mogąc pogodzić tego pojęcia z wszechmiłością i wszechsprawiedliwością Istoty Najwyższej.

Te i tyle, zagadnień niepokoi nie od dziś współczesną ludzkość, a niejedno serce napełnia rozpaczą. Rozwiązanie ich wydaje się niemożliwe; a jednak jeśli pozostają bez odpowiedzi cała religia traci swą wartość i nie dziw, że ludzie nie chcą sięgać poza materialny świat.

Potrzebny nam klucz, który by dał rozwiązanie wszystkich tych zagadnień, przywracając życiu ducha jego istotną treść, odnawiając wiarę w sprawiedliwość i miłość Boga, w prawo i cel życia.

Kluczem tym jest reinkarnacja.


Co to jest reinkarnacja?

Zobrazowanie kolejnych inkarnacji

Jakże mało ludzi zadaje sobie trud tworzenia własnego światopoglądu; a gdyby zastanawiali się częściej dostrzegliby ze zdziwieniem, że większość pojęć, którymi operują, została przyjęta od innych bez żadnego dowodu, bez głębszego własnego przemyślenia.

Niejeden np. uważa, zgodnie z dawnymi naukami religii, że świadomość niemowlęcia zostaje powołana do życia jednocześnie z jego ciałem. Pojęcie to łatwo się tłumaczy, gdyż zewnętrzne nasze obserwacje wskazują, że świadomość dziecka rozwija się wraz z ciałem; zaś u starca, gdy ciało więdnie świadomość słabnie, a ze śmiercią znika. Te jednoczesne przemiany wywołują w nas wrażenie, że świadomość jest wytwarzana przez mózg. Nie jest to jednak bynajmniej jedyne możliwe wytłumaczenie faktów. Opierając się na tych samych faktach możemy równie dobrze przypuszczać, że mózg nie jest twórcą, lecz narzędziem świadomości, że umysł w najszerszym tego słowa znaczeniu jest czymś od mózgu odrębnym; a jednak w wyrażaniu się od niego zależnym, czyli przenikliwość świadomości zależy od subtelności i wrażliwości narzędzia, którego używa, od wyrobienia i odbiorczości mózgu.

Mózg niemowlęcia jest mało wrażliwy, gdyż jest zanadto plastyczny i niedość zorganizowany, a istność, która go używa, może nań wpływać niewiele. W miarę wzrostu dziecka i coraz doskonalszego organizowania się jego mózgu, inteligencja przejawia się coraz szerzej, nie tyle dlatego że sama świadomość rozwinęła się i wzrosła przez ten czas, ile raczej dzięki doskonalszemu działaniu przekazującego narzędzia, którego używa. U starców mózg słabnie i staje się mniej wrażliwy, dlatego też przejawienie się fizyczne świadomości zmniejsza się i przyćmiewa. Śmierć niwecząc narzędzie uniemożliwia świadomości dalsze fizyczne wyrażanie się, lecz to nie dowodzi, że świadomość przestała istnieć. Istnienie świadomości tyleż zależy od mózgu, co istnienie muzyka od jego skrzypiec; jednak zarówno świadomości, jak i muzykowi narzędzia te są niezbędne by móc wyrazić siebie w świecie fizycznym.

Od stwierdzenia, że świadomość a mózg to dwie zupełnie różne rzeczy, trzeba zacząć studiowanie reinkarnacji. Mózg składający się z milionów komórek nerwowych, z ich rozgałęzieniami i z tkanek otaczających je, jest delikatnym, złożonym narzędziem, którego zadaniem jest być odbiorcą i przekazującym przewodnikiem. Zwykła, codzienna świadomość jest jeno małą cząstką całkowitej świadomości człowieka, a tylko ta cząstka wpływa i wyraża się poprzez mózg. Jesteśmy świadomymi istotami tak w ciele fizycznym, jak i poza nim, tak po śmierci, jak i przed narodzeniem. Świadomość ludzka istnieje przed urodzeniem i przed poczęciem – jest to pierwsza zasada teorii reinkarnacji. Tylko ciało niemowlęcia jest młodziutkie i nowe, świadomość zaś może być dojrzałą i wyrobioną w wielu doświadczeniach zdobytych w przeciągu poprzednich żywotów na ziemi; biorąc w posiadanie to nowe ciało usiłuje coraz szerzej i pełniej wyrażać siebie poprzez mózg i system nerwowy.

Drugą podstawą nauki o reinkarnacji jest twierdzenie, że dusza, świadoma jaźń człowieka, wzrasta jak roślina; od pierwszego zbudzenia się, do pełni wspaniałej dojrzałości; rozwój ten wymaga czasu, dziesiątków tysięcy lat. Dusza jest „doskonałą” na początku swych ludzkich doświadczeń, jak doskonałe jest ziarno; a pomiędzy duszą „młodą” a duszą „starą” - dziecięcą a dojrzałą – jest taka sama różnica, jak między żołędziem a dębem. Możemy uważać ten miarowy wzrost i budzenie się utajonych potencjalności duszy za ewolucję świadomości, choć termin ten będzie niezupełnie ścisły, ale utożsamiać jej nie należy z ewolucja organizmów fizycznych, studiowaną przez tzw. ewolucjonistów.

Ewolucja fizyczna odbywa się przez, etapy: narodzin, mnożenia się komórek i śmierci; nowe organizmy są nieustannie stwarzane przez starsze i na tym polega ciągłość fizycznych form. Ewolucja fizyczna wciąż zmierza od prostego ku złożonemu; na pierwszym szczeblu wielkiej drabiny obejmującej istoty organiczne, mamy prostą pojedyńczą komórkę bez organów ani budowy, na ostatnim zaś ciało ludzkie w jego niezmiernej złożoności, zbudowane z milionów komórek tworzących poszczególne organy i tkanki.

Ewolucja świadomości – budzenie się jej – odbywa się przez ożywianie i opanowywanie form fizycznych, które również postępują nieustannie na drodze rozwoju. To wcielanie się świadomości w coraz to nowe ciała jest zwane reinkarnacją; dotyczy ono nie tylko człowieka gdyż jest procesem powszechnym przejawiającym się w całej przyrodzie. Wszędzie gdziekolwiek widzimy żywy organizm, możemy być pewni, że świadomość tego organizmu rozwija się również, że posługuje się ona fizycznym kształtem w celu poznania fizycznego świata i zdobycia doświadczeń. Reinkarnacja jest więc procesem ewolucyjnym, w którym niezmierna mnogość świadomości, w różnych stadiach obudzenia, wchodzi w kontakt z fizycznymi formami, które także podlegają prawu ewolucji, i znajdują się na różnych stopniach rozwoju i złożoności.

Dla zdobycia tych doświadczeń budzenie się i rozszerzanie świadomości musi odbywać się jednocześnie i równolegle z ewolucją form; tak też się zawsze dzieje w przyrodzie. Ciało ludzkie, jako narzędzie doskonałe, umożliwia przejawianie się świadomości o wysokim poziomie rozwoju, jakiego nie znajdujemy w niższych królestwach, gdyż ciało to, wraz z jego cudownie złożonym i delikatnym aparatem mózgowym, jest o wiele lepiej dostosowane do potrzeb świadomości wyższej, aniżeli prostszy i prymitywniejszy mózg jakiegokolwiek zwierzęcia.

Studiując naturę spostrzegamy, że w wielkim planie powszechnym utrzymanie form nie ma większego znaczenia. Śmierć działa wszędzie; niezliczona ilość fizycznych form ginie, aby podtrzymać życie innych. Minerały rozkładając się są podstawą życia roślin; życie roślin jest poświęcane dla zwierząt i ludzi. Z punktu fizycznego w całej przyrodzie zdaje się panować śmierć. Ten niezaprzeczalny fakt do rozpaczy niemal doprowadzał wielu filozofów, jest również najsilniejszym argumentem nauki przeciw religijnej wierze w miłość Boga.

Teoria reinkarnacji inne rzuca nań światło; jeśli przyroda mało się troszczy o formy fizyczne, to tylko dla tego, że nie mają one tak istotnego, tak wielkiego znaczenia, jak się nam wydaje. Celem ich – dostarczyć rozwijającej się świadomości punktu oparcia w świecie fizycznym, dającym jej możność poznawania tego świata i zdobywania doświadczeń. Świadomość z jej pamięcią ma zasadniczą wagę, to też świadomość jest ochraniana pilnie i zapobiegliwie. Natura niszczy formy z taką beztroską tylko dlatego, że świadomość, która z nich korzysta jest niezniszczalna; a że przechowuje ona wszystkie wspomnienia i zdolności i po śmierci fizycznego narzędzia przeto właśnie nic nie ginie z tego co ma istotną wartość.

Można więc określić, że reinkarnacja jest procesem, w którym istoty świadome używają ciał fizycznych, ściśle odpowiadających ich stadium rozwojowemu, aby z pomocą tych ciał-narzędzi zdobywać wiedzę i poznanie świata fizycznego.

Z punktu widzenia reinkarnacji, ziemia – a zapewne i cały wszechświat – jest olbrzymią uczelnią. Przeznaczeniem ewolucji jest dać niezliczoną ilość doświadczeń o najróżniejszym charakterze, które stają się bodźcem w wielkim, rozwojowym procesie istot żywych - czyli w budzeniu się i rozszerzaniu ich świadomości – tworzących długi łańcuch sięgający niemal w nieskończoność, którego małą cząstką są królestwa przyrody znane na ziemi.

Jak dziecko codziennie uczęszczające do szkoły uczy się, zdobywa doświadczenia i przyswaja sobie coraz nową wiedzę, przechodząc do coraz wyższych klas, tak samo i my, jako dusze, niejednokrotnie przychodząc na ziemię w różne warunki i otoczenia, uczymy się, gromadzimy różne doświadczenia i zdobywamy coraz większą mądrość i szersze poznanie.

W zaraniu naszej ludzkiej ewolucji byliśmy dzikimi, pierwotnymi ludźmi, bo nasze intelektualne i moralne władze ledwie się budziły; po przejściu paru żyć powtarzających się w tych samych ograniczonych, pierwotnych warunkach, rozwinęliśmy pierwszy zarys myśli i wrażliwości uczuciowej, co pozwoliło nam urodzić się w cywilizacji nieco wyższej.

Następnie nasze życia były pełne cierpienia i walk, gdyż miotały nami dzikie namiętności i okrucieństwo. Tak płynęły wieki, a my zbieraliśmy owoce złych czynów, uczuć i myśli, które samiśmy zasiali i bardzo powoli budził się w nas tzw. głos sumienia, które nie jest niczym innym jak zsumowaniem wspomnień naszych przeszłych doświadczeń; rósł on i wzmacniał się, aż wreszcie zaczęliśmy rozróżniać dobro od złego i unikać czynów złych. Od tej chwili mogliśmy urodzić się w kraju o wyższej kulturze; lecz kulturę tę zaczynamy poznawać od najniższego poziomu. I tak życie za życiem płynie szybko, a w każdym rozwijamy się umysłowo i moralnie oraz obcowanie ze starszymi od nas w rozwoju, i samo ciśnienie trudnych warunków życia fizycznego.

Byliśmy w tym okresie jeszcze ciemni, nieoświeceni, ociężali, lecz każde życie przynosiło nam nową naukę: przyjemności i cierpień, trudności i przeszkód, powodzeń i klęsk; i wśród tych najróżnorodniejszych możliwości wyrabialiśmy się na sprawnych i coraz zdolniejszych pracowników. Uczyliśmy się myśleć, wyzwalając się powoli z pod tyranii miotających nami pożądań i prymitywnych przesądów. W miarę posuwania się po tej żmudnej, niezmiernie powolnej drodze ewolucji, coraz dłuższe stają się przerwy pomiędzy jednym a drugim życiem na ziemi, a czas ten spędzamy w zgoła innych warunkach światów niewidzialnych, gdzie asymilujemy doświadczenia i wplatamy je w charakter, co przyspiesza nasz wzrost intelektualny, pogłębia uczucia etyczne i budzi pierwsze przebłyski duchowości. Większość z nas znajduje się dziś w tym stadium. Zdobywaliśmy w naszej przeszłości tak dużą sumę doświadczeń, że dziś wyrabiamy się na myślących ludzi i niejeden z nas zaczyna brać na siebie odpowiedzialniejszą pracę w rodzinie ludzkości. Nieliczni są od nas nieco starsi, ci mogą być przodownikami, mogą się stać budowniczymi cywilizacji i kultury; a jeszcze mniej liczni wznoszą się i ponad tych „starszych” potęgą rozumu lub nieskalaną rzetelnością charakteru lub też głębią duchowego jasnowidztwa i natchnienia.

W tym wszystkim nie ma niesprawiedliwości, ani kapryśnych łask losu, jest to tylko kwestia stopnia rozwoju i wzrostu. Poziom na którym znajdują się inni jest i dla nas dostępny i możliwy do osiągnięcia, jeśli potrafimy korzystać odpowiednio z przeżyć i doświadczeń. Ci, którzy stoją wyżej od nas mają więcej mocy, gdyż ewolucja ich wcześniej się rozpoczęła od naszej. Wszak widząc w szkole jednych uczniów w klasach wyższych, innych zaś dopiero w początkowych, nie oburzamy się, nie nazywamy tego niesprawiedliwością ani faworyzowaniem. Jest to jedynie kwestią czasu. Tak też się dzieje w wielkiej uczelni świata: wyprzedzają nas dusze „starsze”, dojrzalsze, za nami zaś idą „młodsze”, a na końcu dziecięce i niemowlęce. I tak bez końca; miliony istot wznoszą się z jednego poziomu na drugi, a za nimi płyną inne miliony, krocząc w ich ślady. Więc różnice nie są niesprawiedliwością, lecz szerokim wychowawczym systemem o wielkim i jasnym celu.

W świetle nauki o reinkarnacji możemy wyobrazić sobie ludzkość wspinającą się powoli po nieskończenie długiej drabinie, które pierwsze szczeble wynurzają się z mroku początków świata, zaś szczyt ginie w chwale nadczłowieczeństwa. Wysokość drabiny nie jest nam znana, ale to nie jest ważne; natomiast ważne jest zrozumienie, że się znajdujemy w tej chwili na jednym z jej szczebli, że miejsce, które zajmujemy w wielkim pochodzie ludzkości odpowiada ściśle naszemu stadium rozwojowemu. Myśl, że od nas zależy wolniejsze lub szybsze poruszanie się naprzód, powinna być bodźcem, gdyż wiemy z życia i dzieł wielkich ludzi, do czego możemy dojść kiedyś dzięki mocnemu pragnieniu i woli.

Nasza duchowa indywidualność jest wciąż ta sama, choć w jednym życiu możemy używać ciała mężczyzny, w innym zaś kobiety. Te kolejne zmiany są potrzebne i konieczne dla harmonijnego i pełnego rozwoju. Wszak ludzie doskonali i święci posiadają zarówno męskie cnoty jak niewieście w pełnej równowadze. W każdym nowym życiu mamy inne ciało fizyczne, nosimy inne imię, z innymi rodzicami jesteśmy związani, ale te zmiany zewnętrzne nie przeszkadzają nam w zachowaniu własnej duchowej indywidualności. W chwili urodzenia dusza nasza nie wyłania się z jakiegoś wielkiego oceanu życia, jak sądzą niektórzy filozofowie, a śmierć nie niweczy w nas świadomości odrębnego istnienia. Gdybyśmy ją zatracili reinkarnacja nie miałaby żadnego celu, a ewolucja byłaby zabawką w okrutnych rękach jakiejś nieznanej istoty.

Dusze są ponad płcią, ale używają wedle planu ewolucyjnego jednej i drugiej, co daje początek grupom społecznym, ogniskom rodzinnym i obowiązkom. Uczymy się ochraniać i dbać o dzieci, rezygnować z egzotycznej przyjemności, na tle rodziny różnorodne temperatury wchodzą w kontakt wzajemny i zawiązują się nici głębokich wewnętrznych stosunków, a wszystko to ma wielkie znaczenie wychowawcze.

Każdy nowy fizyczny organizm potrzebuje pożywienia, odzieży i schronienia; niezliczone wysiłki dla zdobycia tego dla siebie i dla rodziny stworzyły całą naszą złożoną cywilizację i rozwijały powoli nasze siły fizyczne, moralne i umysłowe. W klimacie podzwrotnikowym, gdzie przyroda jest bardziej hojna a konieczność trudu i walki ze strony człowieka mniejsza, ludność jest powolniejsza, ale nieraz i mniej rozwinięta. A gdy warunki zewnętrzne zmuszają do pracy oraz myślowego wysiłku, by podołać w walce o byt, rozwój przyspiesza się znacznie. Na pewnym poziomie im życie wymaga większego wysiłku tym lepiej dla człowieka, trudności spotykane na drodze są dlań użyteczne, bo przezwyciężając je rozwija siłę i sprawność. Rozwiązywanie większości naszych społecznych, politycznych i religijnych zagadnień należy do człowieka; nie raz służyło to za pretekst by udowadniać że żadna dobroczynna moc duchowa nie czuwa nad nami. Współczesne metody pedagogiczne wykazały, że najlepszym sposobem obudzenia w dzieciach inicjatywy, inteligencji i zmysłu praktycznego oraz sprawności czynu, jest danie im sposobności do samodzielnego, swobodnego wyrabiania i ćwiczenia tych cech. Mówiąc, podając i tłumacząc im wszystko można w nich rozwinąć pamięć i instynkt naśladowczy, ale wówczas reszta władz pozostaje w stanie niedorozwoju lub uśpienia.

To samo dotyczy nas, uczniów w wielkiej Uczelni świata; gdybyśmy umieli, opierając się na prostym rozumie, stosować w życiu codziennym zasady tej mądrej pedagogiki, znaleźlibyśmy jasne wytłumaczenie dlaczego błędy są dla naszego postępu i rozwoju konieczne.

Wprawdzie od początku pomagali nam wielcy duchowi Nauczyciele ludzkości o wiele więcej niż możemy przypuszczać – wszystkie religie były przez Nich podawane – jednak ludzkość musiała szukać nowych dróg sama i sama znajdować rozwiązania różnych zagadnień. Nie było zapewne innego sposobu, by posiadła wiedzę życia, by narody kulturalne zrozumiały, że trwałą społeczność można budować tylko na podstawach współdziałania i braterstwa. Reinkarnacja nie oznacza bynajmniej że dusza człowieka może się wcielić w ciało zwierzęce. Spotykamy wprawdzie podobne wierzenia w mitach ludów pierwotnych, a czasem i w popularnym Hinduizmie i Buddyzmie, ale to tylko podania, albo przesądy i spaczenia poważnych nauk tych religii.

Reinkarnacja nie oznacza również powrotu na ziemię zaraz po śmierci, zdarza się to w prawdzie, ale jako rzadki wyjątek. Niedawno dokonano szeregu badań, starannych i ścisłych, nad serią przeszłych żywotów około dwustu pięćdziesięciu osób; obserwacje te wskazywały, że okres pomiędzy śmiercią a następnym urodzeniem może być bardzo krótki u człowieka dzikiego, zaś u wyżej rozwiniętego może przedłużać się do paru wieków.

Niektórym ludziom idea reinkarnacji, gdy się z nią po raz pierwszy spotykają, nie podoba się i przestrasza ich, gdyż wcale nie pragną nowego życia na ziemi. Ci wcale nie zastanawiając się uważają reinkarnacje za absurd. Ale podobna antypatia niczego nie dowodzi, wiemy, że nowe idee są zazwyczaj przyjmowane niechętnie; może pamiętamy z jakim szyderstwem przyjmowano ideę ewolucji! Nic nie wywołuje tak silnej opozycji jak nowe idee. Uczucie lęku i sprzeciwu wobec nowych pojęć jest bardzo ludzkie; można odrzucić pojęcie reinkarnacji bez bliższego zbadania, ale to nie będzie dowodem, że jest ono nonsensem. W miarę jak się tą ideę poznaje widzi się jej logiczne podstawy; często odstręcza nas nie tyle sama idea, ile jakieś mylne jej ujęcie lub po prostu niechęć do powtórnego przeżywania trudów i cierpień, które nas obecnie nękają; stąd pochodzi odruchowe cofnięcie się przed taką możliwością. Nie umiemy jeszcze oceniać życia jako terenu nauki i rozwoju, raczej nadajemy mu wartość wedle tego, czy zadawala naszą żądze władzy, zaszczytów, bogactw, rozkoszy, czy ambicję. A ponieważ życie, aż nazbyt często nie spełnia takich marzeń, gdyż te tylko rzadko mogą mieć wychowawcze znaczenie; natomiast żąda od nas ciężkiej pracy i trudu, przynosi nam troski, cierpienia, klęski, stawia przed nami trudne zagadnienia które zmuszają nas do wysiłku i trudu – a więc i szybkiego przyswajania nauk życia – buntujemy się, i nie mamy wcale ochoty wchodzić w tą szkołę życia po raz drugi. Gdyby nas zapewniono, że następne życie spełni wszystkie nasze pragnienia, zapewne chętnie przyjęlibyśmy ideę reinkarnacji.

Pamiętajmy jednak, że właśnie przeżycia najcięższe i najtrudniejsze uczą nas najwięcej, że każde nasze cierpienie, każdy ból, upadek, czy klęska - stwarzają wielkość naszego jutra; oznaczają tym większą moc zdobytą na przyszłość, im trudniejsze są dziś do zniesienia. Wówczas inaczej spojrzymy na reinkarnację. Jeśli będziemy myśleć tylko o własnej osobistej przyjemności, to istotnie wciąż powtarzające się wcielenia mogą się wydawać perspektywą równie nie pociągającą, jak długie lata trudnych studiów szkolnych; lecz jeśli zrozumiemy, że rozwijamy w sobie różne talenty i zdolności, które nam mogą przynieść wiele szczęścia, że możemy dzięki nim być użyteczni dla całego świata, że możemy nieść innym radość i szczęście, to myśl o reinkarnacji obudzi zapał i niespożytą wolę ku działaniu. Pamiętać jeszcze musimy że przyczyną większości cierpień ludzkich jest postępowanie wbrew pewnym moralnym prawom; gdy je poznamy i nauczymy się współdziałać z prawem działania i przeciwdziałania (przyczynowości, czyli Karmy), rezultaty naszych czynów będą zawsze harmonijne i pomyślne; ale dopóki przeciwstawiamy się prawu, cierpienie jest nieuniknione.

Cel reinkarnacji

Ewolucja duszy

Wielkim celem reinkarnacji jest ewolucja.

Powracamy wielokrotnie na ziemię nie pod jakimś naciskiem z zewnątrz, ale wprost dlatego, że Dusza – nasze właściwe Ja – pragnie dalej rozwijać się, wzrastać i poznawać, aby stać się kiedyś swobodnym twórcą. Bodźcem, który na nowo sprowadza nas na ziemię, jest pragnienie doświadczeń i przeżyć, głód poznania, żądza pogrążenia się w tętniący ruch fizycznego życia. Wprawdzie żądza ta jest trudna do zrozumienia dla ludzi, którzy mieli ciężkie doświadczenia w poprzednim ziemskim życiu, bo nie mają wcale ochoty ich powtarzać; podobnie pod koniec jednego żywota nie nęci nas perspektywa powrotu na ziemię, wolelibyśmy odpoczynek w jakimś „raju”. Przetem nasza zwykła świadomość jest tylko cząstką świadomości całkowitej i nie zdaje sobie sprawy ani z celu, z użyteczności nawet najcięższych przeżyć i doświadczeń; widnokrąg jej jest bardzo ograniczony. Ale Jaźń głębsza, Dusza świadoma, widzi wielki choć daleki cel i rozumie, co może doń zbliżać.

Pojęcia, jakie ludzie mają o duszy są bardzo niewyraźne i nieokreślone, toteż nie rozumiemy, że dodatnie cechy – jak siła charakteru, bystrość intelektu, czy głęboka dobroć – które cenimy w ludziach, rozwijały się przez długie wieki wysiłków i pracy, a nie są bynajmniej darami kapryśnego losu. Dusza, podobnie jak ciało, rozwija się i rośnie. Podczas długiej serii bytowań budzą się, jedna po drugiej, jej cechy i zdolności, podobnie jak u dziecka budzi się i rozwija umysłowość wraz z fizycznym wzrostem.

Celem życia jest rozwinąć w nas ukryte; wrodzone moce; nic się nie dodaje do naszej duchowej jaźni, która wszystko w sobie zawiera; budzi się tylko to, co w niej drzemało, tak jak w ziarnie, które przejawia to, co w nim było w stanie potencjalnym ukryte.

Rozwój duszy jest przechodzeniem władz utajonych ze stanu uśpienia w stan czynny. A celem następujących po sobie ziemskich wcieleń jest dostarczenie takich bodźców, które najszybciej obudzą i wprowadzą w ruch wszystkie władze Duszy.

Duch nasz zawiera w sobie nieskończoność. Bóg mieszka w każdym człowieku. Jeśli ktoś posiada jakąś zdolność, której my nie posiadamy, jakąś cechę, która wzbudza w nas uznanie i zachwyt - nie sądźmy, że jest od nas bogatszy, że więcej mu dano; bynajmniej, on tylko tę stronę swej natury wcześniej od nas rozbudził.

Któż nam przeszkadza skupić wysiłek i wolę i tą samą cechę wydobyć z głębi własnej duszy? Jest to możliwe i nie nazbyt trudne.

Bogactwo wyobraźni artysty, harmonie natchnień muzyka; jasna i cierpliwa myśl uczonego; szerokość pojęć i syntez filozofa; a wreszcie olbrzymi rozum mędrca, a miłość świętego – wszystko to drzemie w naszych duszach i czeka chwili obudzenia się i przejawienia.

Myśląc o duchowej stronie wszechrzeczy widzimy, że nie ma spraw wielkich i małych, mądrych i głupich, bo wszystko jest duchem i Bogiem. Ale badając świat dalej widzimy, iż duch przejawia się mniej lub bardziej wyraźnie, zależnie od plastyczności form. Jeśli forma jest nieprzenikliwa, niezdolna do szerokiej skali wibracji, jak w człowieku dzikim na przykład, wówczas duch w nim ukryty nie może się prawie wcale przejawiać. Jeśli zaś forma jest przejrzysta, giętka i subtelna, o bardzo wysokim rozwoju, jej wewnętrzny Bóg objawia się w tak olśniewającej chwale i potędze, że pochylamy przed nim głowę w szczerym zachwycie i czci. Święty Paweł nazywał takie objawienie Chrystusem w człowieku.

Ewolucja form jest jednym z zadań wielkiej szkoły świata, ale nie jedynym, jest to tylko jedna strona ewolucyjnego procesu, drugą jest stopniowe rozszerzanie się świadomości. W miarę rozwoju form, życie w nich ukryte coraz szerzej może się przejawiać. Ewolucja form to powolna przemiana minerału w roślinę, rośliny w zwierzę, a zwierzęcia we wspaniale zbudowany organizm człowieka; a gdy ten organizm dosięga najwyższego rozwoju, gdy się w nim budzą dotąd „uśpione” wyższe zmysły, a system nerwowy i mózg dochodzą do doskonałości, może służyć jako narzędzie dla świadomości nadczłowieka. Zaś ewolucję życia można nazwać coraz większym rozszerzaniem się świadomości i coraz pełniejszym wyrażaniem się jej poprzez formę, czyli ciało, którego używa; coraz większe jego opanowanie, aż staje się podatnym i giętkim instrumentem, jak dobre skrzypce w ręku muzyka.

Dawni Riszi – mędrcowie i wieszcze Indii – twierdzili, że ludzkość jest „rasą” istot duchowych, które w niezmiernie odległej przeszłości dobrowolnie opuściły swą górną ojczyznę, aby zdobyć poznanie niższych, przejawionych światów; a z czasem władze nad wszelką materią słonecznego systemu, aby móc w niej swobodnie tworzyć, współdziałać świadomie i rozumnie z Wszechtwórcą. Mówią nam, iż rozpoczęły one niegdyś swą wędrówkę jako duchy doskonałe w swojej sferze we wszechświecie przejawionym; ale przekonały się wkrótce, że bez odpowiedniego narzędzia nie mogą poznać, a więc i zrozumieć najróżniejszych rodzajów wibracji otaczającej materii; ani uzyskać w niej oddźwięku na zmiany zachodzące w ich świadomości. A więc posiadały wprawdzie moc swego Boskiego Ojca, ale w stosunku do niższych sfer przejawionego świata znajdowały się jeszcze w stanie bezbronnym, nie mając nad nimi władzy.

Płynęły niezliczone wieki, a powoli uczyły się czynić materię podległą swej woli. Dziś, znajdując się w stadium ludzkim, doszły, czyli doszliśmy my, do rozumienia wibracji fizycznych, - najpowolniejszych z pośród wszystkich we wszechświecie - i umiemy, do pewnego stopnia kierować swym fizycznym ciałem; potrafimy również, w pewnej, choć nieznacznej jeszcze mierze, pojmować i rządzić wibracjami świata namiętności i wzruszeń; umiemy już, - biorąc pod uwagę ogólny rozwój współczesnej ludzkości – panować nad najbardziej pierwotnymi żądzami; choć wojna wykazała, że w podświadomych złożach psychiki, tak jednostek, jak grup, kryją się jeszcze najdziksze instynkty, żądza okrucieństwa – co jest odmianą żądzy władzy – gorsza niż u zwierząt, bo zasilona intelektem; ale chciejmy przypuszczać, że jednak większość ludzkości stoi już nieco wyżej, ponad tymi psychicznymi spaczeniami i osiągnęła stopień rozwoju, w którym umie rządzić, przynajmniej niższymi namiętnościami. Psychologia podświadomego zajmując się ukrytym i dla nas samych nieznanym, światem stłumionych popędów i uczuć, znacznie w tym pomaga; można więc powiedzieć, że poznawanie i rządzenie tym światem splątanych myślo-czuć jest właśnie teraz na warsztacie, dla znacznej części ludzkości. Ale jeszcze o wiele mniej zna ona sferę myśli, a najmniej – duszy.

Pamiętajmy, że wedle prastarej wiedzy Indii, jak i nauki okultystycznej, nasze fizyczne ciało jest otoczone i przeniknięte, dla zwykłego oka niewidzialną otoczką (aurą), materii świetlistej należącej do trzech sfer otaczających kulę ziemską, w tej aurze człowieka już przystosowanej i uorganizowanej w ciało-narzędzie każdej istoty ludzkiej; ciało eteryczne, składające się z subtelniejszych cząstek fizycznej materii, a będące przewodnikiem siły życiowej, tzw. Prany; następnie ciało astralne lub emocjonalne, poprzez które wyrażają się namiętności, żądze, wzruszenia i uczucia człowieka; ciało mentalne – narzędzia jego myśli, pojęć, pamięci, koncepcji itd.; oraz przyczynowe – zbudowane z najsubtelniejszej materii, tejże mentalnej sfery, a nazwane tak, gdyż jest czynnikiem ciągłości doświadczeń wielu żywotów. Wszystkie one stanowią narzędzia Ducha, są formami, które nieustannie urabia i używa jako swych przewodników. Nawet ciało przyczynowe (u ludzi o wyższym stopniu rozwoju) jest jakby świetlistym promiennym kielichem z przedziwnie subtelnej materii; w którym płonie – rzutowana z jeszcze o wiele wyższych sfer – cząstka życia Boga samego tzw. Monada lub jednostka świadomości duchowej. Ten Bóg-Duch w człowieku nie podlega ewolucji, gdyż w swojej sferze jest doskonały; on to jest źródłem wszystkich zdolności, potęg, talentów, które przejawiają się i wypowiadają jedne po drugich; w przeciągu niezliczonych wieków, poprzez jego powłoki-narzędzia.

Wszędzie wokół nas widzimy ludzi młodych i starych, wiek ich organizmów fizycznych liczy się na lata – od kolebki do grobu. W wielkiej szkole świata mamy i dusze młode lub stare, które jedne wcześniej, inne później rozpoczęły swą odkrywczą wędrówkę w niższe światy; a szerokie pole tej ich wędrówki liczy setki ziemskich żywotów, a są one tylko częścią cyklu ich żywota, tzn. czasu od wyjścia duszy ze swej ojczyzny ku ziemi, i z powrotem. Ale Duch jest poza czasem, jest bez początku ni końca, jest bezgraniczny i nieograniczony.

Czyż można znaleźć silniejszy bodziec do wysiłków, do cierpliwego stawiania czoła wszystkim przeciwnościom i ciosom życia, jak pewność, że największa moc jakiej możemy pragnąć; najbardziej świetlista wielkość duszy do jakiej wybiega nasza tęsknota; najwyższy szczyt człowieczeństwa jaki możemy sobie wyobrazić, już teraz istnieją w nas samych; ukryte, uśpione, jak ruń pod śniegiem, jak ziarna drzemiące w glebie; że zbudzić się muszą, że jest to nieuniknionym ich przeznaczeniem i nic nie może go powstrzymać? Jest to jeno kwestią dłuższego lub krótszego czasu, a ten od nas samych w znacznej mierze zależy.

Człowiek wzrasta w miarę, jak poznaje dwójnie przeciwieństw – rozkosz i ból, życzliwość i niechęć, przyciąganie i odpychanie, czyli sympatie i antypatie, powodzenie i klęski, zapał i zniechęcenie, aktywność i bierność, spokój i walkę, i to, co nazywamy dobrem, jak i to co nazywamy złem. Na niskim stopniu rozwoju nawet nienawiść jest dobra, bo staje się czynnikiem budzącym z tępoty i ociężałości; na tym poziomie każdy ruch jest dla ewolucji jednostki dobry, bo pomaga jej uczynić następny krok w rozwoju. Tylko to, co ewolucji przeszkadza, co ruch na przód wstrzymuje, zwalnia lub opóźnia, jest z punktu Przyrody – złe. A człowiek tylko przez własne doświadczenie poznać może zarówno fizyczne jak moralne prawa.

W naszych wielokrotnych wcieleniach na ziemi. Przyroda dba tylko o nasz rozwój, o budzenie ukrytych cech, o wyrabianie już obudzonych, o doskonalenie narzędzi jak i zawartości naszej psychiki i rozszerzanie zasobu naszej wiedzy; o wydobywanie z głębi coraz nowych warstw naszych potencjalności. Nie troszczy się wcale o nasze zadowolenie czy szczęście (dlatego nieraz „los” wydaje się nam okrutny), uczy nas drogą cierpliwych doświadczeń i prób; bowiem każde zdarzenie, niemal każdy krok w naszym życiu, przynosi nam jakieś „wyzwanie”, i oczekuje od nas „odpowiedzi”, a zawiera zawsze jakąś cenną naukę; skala jej użyteczności zależy właśnie od naszej „odpowiedzi”, od rodzaju reagowania, innymi słowy od stosunku do stających się wokół zdarzeń i napotykanych ludzi. Każda rzecz właściwie przyjęta może rozszerzyć nasz widnokrąg, wzbogacić nasze życie i wznieść je na wyższy poziom; z tego punktu patrząc można powiedzieć, że im cięższe spotykamy próby, im trudniejsze zadania, tym lepiej dla nas; powinniśmy być za nie wdzięczni „losowi”, bo przyspiesza nasz rozwój. To, co poczytujemy za nieszczęście i udrękę, może stać się najcenniejszą, błogosławioną nauką.

Największy błąd jaki popełniamy w stosunku do życia jest niezrozumienie jego wychowawczych celów; wciąż oczekujemy od losu czegoś przyjemnego, niemal żądamy powodzenia i szczęścia, a rzadko zastanawiamy się nad właściwym celem życia, jeszcze rzadziej umiemy w tym świetle spojrzeć na własny los. Metody wychowawcze Przyrody są inne aniżeli stosowane przeciętnie wśród ludzi. Istnieją dwa rodzaje nauczania, jeden z pomocą pamięci; ta gromadzi niezliczoną ilość faktów, które są mniej lub bardziej klasyfikowane, zależnie od indywidualnych zdolności i stopnia rozwoju umysłowego ucznia, z faktów tych wysnuwa się teorie i uogólnienia, najczęściej oderwane od naszego codziennego jak i głębszego życia; drugi – stosowany już dziś w pedagogice, zwłaszcza w wieku przedszkolnym, czyli w najmłodszych latach dziecka - jest wywoływaniem, drogą podsuwanych bodźców, reakcji głębszych, budzenie własnych zdolności, zastanowienia i twórczości dziecka, czyli jego potencjalnych władz. Pierwsza jest dotąd stosowana w przeważnej większości szkół i uniwersytetów całego świata; druga w nielicznych szkołach eksperymentalnych i w najnowszego typu przedszkolach; właśnie tą metodą posługuje się Przyroda w wielkiej Uczelni świata.

Stopniowo zaczynamy zdawać sobie sprawę, że prawdziwe wychowanie nie ogranicza się do studiowania różnych gałęzi wiedzy, jak matematyka, filozofia, biologia, języki - co pobudza tylko zdolności intelektualne; że wychowanie istotne powinno być wszechstronne i harmonijne, że ma urabiać charakter, budzić zmysł moralny oraz szlachetne uczucia, zasilać inteligencję, by nabrała zdolności do ścisłego, a nade wszystko samodzielnego myślenia, uczyć sprawności praktycznej i wyrobienia w stosunkach z ludźmi, i wreszcie rozwijać zdolność odczuwania rzeczy duchowych i boskich.

Takiego wychowania instytucje ludzkie dotychczas dawać nie potrafiły. Ale szkoła życia daje. Cały świat jest olbrzymią uczelnią, dostosowaną w najdrobniejszych szczegółach do potrzeb rozwoju i postępu milionów istot, znajdujących się na różnym poziomie, a zamieszkujących zarówno powierzchnię naszego globu, jak jego wewnętrzną i otaczającą atmosferę. Każde doświadczenie, jakie nam życie przynosi, wielkie czy drobne jest częścią ogólnej nauki.

Nie wszystkie istoty stoją na tym samym poziomie, więc nie mogą uczyć się tego samego. Ale wszystkie – czy to będzie atom, mikrob, roślina, ptak, człowiek, nadczłowiek czy anioł – spotykają takie przeżycia i doświadczenia, jakie im są potrzebne, by mogły uczynić krok naprzód na drodze ewolucji.

Na nieszczęście nie przyswoiliśmy sobie jeszcze tej prawdy. Czasem uznajemy jej słuszność, jeśli chodzi o bliźnich, ale do siebie zastosować jej nie umiemy. Jakże często się nam wydaje, że gdzieś w innym środowisku, rozwijalibyśmy się o wiele szybciej; narzekamy, że nie mamy odpowiednich warunków i nie chcemy zrozumieć, że te, w których się znajdujemy obecnie są najlepsze dla naszej nauki.

Jakże niewielu ludzi umie korzystać z nauk dnia powszedniego, chyba że zmusi ich do tego jakiś ból czy rozczarowanie. Potrzeba nieraz paru istnień, aby nauczyć się prostej zasady: „nie czyń drugiemu, co tobie nie miłe” i zrozumieć, że krzywdzenie innych jest złe, że musi nam przynieść cierpienie, i że ludzie będą nam zawsze odpłacać tą samą monetą. Tymczasem moglibyśmy to samo zrozumieć w ciągu jednego roku, gdybyśmy każde zdarzenie traktowali jako problem do rozwiązania; gdybyśmy skupili całą uwagę, by pojąć naukę jaką nam niesie; zamiast, jak to zwykle bywa, czuć się pokrzywdzonym przez los i rozgoryczać się nad jego rzekomą niesprawiedliwością. Jesteśmy jak dzieci, które gonią za barwnymi motylami; a w rozproszeniu swym dotykamy zaledwie powierzchni zdarzeń, które mogą zawierać głęboką naukę; każdy dzień może nam takie nauki nasuwać. Toteż ta sama, raz przeoczona nauka, musi powracać wielokrotnie w nieco zmienionej formie, dzień po dniu, rok po roku, a może nawet w paru istnieniach, dopóki wreszcie nie zrozumiemy jej wewnętrznego znaczenia. Czasem jakaś trudna lekcja życiowa, której treści nie chcemy zrozumieć, narzuca się nam podkreślona umyślnie cierpieniem i dopiero wówczas zmusza nas do zastanowienia. A czasem towarzyszy jej radość, aby rozbudzić w nas pragnienie jakiegoś osiągnięcia. Z nieskończoną cierpliwością Matka Przyroda stosuje najróżniejsze środki, by otworzyć ludziom oczy i pomóc przyswajać trudne nauki.

Gdybyśmy byli jako pojętni uczniowie, zmniejszylibyśmy znacznie sumę cierpienia, albowiem ból jest skutkiem nieznajomości lub nie poddawania się prawu, czy też upartej nieuwagi lub niechęci do przyswajania nauk.

Gdybyśmy naprawdę pragnęli zdobywać wiedzę życia i chętnie przyjmowali każde zdarzenie, rozumiejąc, że można je zmienić na cenny dar; gdybyśmy współdziałali z wielkim prądem ewolucyjnym, który kieruje się ku jedności Ducha, zamiast uparcie starać się płynąć przeciw prądowi, wzrastalibyśmy szybko i radośnie. Ileż nam czasu potrzeba, by zrozumieć, że wszechświat porusza się wedle niezłomnych praw, że otacza go boska miłość, a nieskończona mądrość kieruje zarówno wibracjami pojedynczego atomu, jak ruchami planet, rządzi życiem najniepozorniejszego z ludzi, jak i przeznaczeniem całych narodów!

Pamięć przeszłych doświadczeń, dostrzeganie ich związku i wyciąganie wniosków, stanowi wiedzę. Ale mądrość posiada tylko ten, kto zna głęboki wewnętrzny sens bytu i górny cel wszystkich wydarzeń i doświadczeń. Kto zna prawdę jedności wszechżycia i żyje według niej.

Jeśli spojrzymy w siebie i postaramy się sumiennie badać nasze myśli i ukryte pobudki, przekonamy się, iż większość trudności i cierpień spowodowanych jest egoizmem, namiętną chęcią wyłącznego posiadania rzeczy i ludzi.

Zasadniczo w przeciągu bardzo długiego czasu w naszej ewolucji, podczas całego cyklu zwanego w filozofii hinduskiej cyklem, albo „łukiem” zstępnym, który powinienby właściwie nosić miano inwolucji, bo jest to zstępowanie Ducha w światy coraz głębszej materii, którą ma poznać, opanować i urobić w niej swe odbicie, czyli „osobowość”, egoizm jest konieczny; jest on prawem koniecznym podczas budowania osobowości; zdobywanie, przyciąganie, gromadzenie i przyswajanie jest nieodzowne dla rozwoju samodzielnego ośrodka świadomości, działającego poprzez materię niższych sfer. Więc w tym okresie branie, czyli egoizm, nie jest bynajmniej zły, bo rozwojowi jednostki pomaga.

Staje się zły tj. przeszkadzający, a nawet wręcz tłumiący dalszy rozwój, gdy ośrodek naszej świadomości jest już zbudowany, „zindiwidualizowany” niejako i silny; gdy wchodzimy na drugi czyli wstępny „łuk” tj. w ewolucję właściwą, gdzie prawem jest dawanie, dzielenie się, współpraca, zamiast poprzedniego współzawodnictwa i zaborczości. Jest to moment dość krytyczny, zarówno w rozwoju jednostki jak społeczeństw, bo prawem bezwładności ciągnie w dół ku dalszemu różnicowaniu się i wyodrębnianiu, a to jest już prawem „wczoraj”. Innymi słowy można by porównać pierwszy okres do robienia zapasów własnych dóbr, a gdy ten dosięga maksimum, musi nastąpić oddawanie tego cośmy zgromadzili. Punkt przełomowy jest trudny. Ludzkość, jako całość, zdaje się do niego zbliżać, a może się nawet się w nim znajdować w tej chwili.

Trzeba zawrócić na własnej osi niejako, trzeba poznać nowe prawo i ochotnie się jemu poddać. Nie daje się to zazwyczaj bez walki, zmagań, buntów i „tragizmów”. Ciśnienie przyrody zmusza wreszcie do tego odwrócenia się od „wczoraj” i do przyswajania nauki „dziś” z rzutem w jutro. Wówczas egoizm zmienia się powoli w altruizm; czyli nie to nam daje radość i szczęście co możemy dla siebie zdobyć; a to czym się możemy z innymi podzielić; tendencja do chwytania i zagarniania zmienia się najprzód w pewną równowagę stwierdzenia: że nic z zewnątrz nie może być do naszej istoty dodane, że wszystko jest w nas, czyli wzrasta poczucie samo-starczalności; a po pewnym czasie zmagania się w nas dawnych nałogów z tym nowym odkryciem, przychodzi uczucie takiego bogactwa i pełni, że dawanie i dzielenie się staje się naturalną koniecznością, po prostu nie możemy żyć inaczej.

Przyroda powoli, bardzo powoli wskazywała nam i wpierw potrzebę i obowiązek dbania nie tylko o siebie, dzielenia się w kole najbliższej rodziny i przyjaciół, a potem grupy szerszej, aż na dużym już stopniu rozwoju czujemy za naród, i jesteśmy gotowi nawet siebie dlań poświęcić; aż w końcu czujemy za całą ludzkość; ten poziom odpowiada poznaniu najwyższego i najważniejszego prawa: jedności życia, czyli jedni w Duchu. Wówczas oddajemy wszystko radośnie, ofiara jest szczęściem, stajemy na progu nadczłowieczeństwa, bo Duch jest teraz zarządcą, zamiast osobowości rządzonej wyodrębniającym się egoizmem. A duchowość czyli życie według praw Ducha, to wszechmiłość i wszechjedność.

Jesteśmy już dziś na tyle „dojrzali”, że w głębokich warstwach naszej podświadomości kryją się wielowiekowe wspomnienia poprzednich żywotów, spędzonych w rozmaitych krajach, epokach, kulturach, raz jako mężczyzna, to znów jako kobieta, w narodach mniej lub bardziej cywilizowanych, w religiach prymitywnych i w najwyższych. Jakim więc nonsensem jest uważanie wyznawców innych niż obecna nasza religia, za mniej od nas cywilizowanych „pogan”; patrzenie z góry na tych, którzy innym imieniem nazywają Boga i innych niż my używają symbolów; wszak tak „niedawno” mogliśmy do tej religii należeć, a któż wie czy nie urodzimy się w niej w przyszłości. Podobnie się rzecz ma z antagonizmem rasowym; barwa skóry nie ma nic wspólnego z umysłowym i wewnętrznym rozwojem, mogliśmy sami „tylko co” nosić fizyczną powłokę, która się nam dziś wydaje oznaką „rasy niższej”. Są to przesądy, ciasne i niemądre, niezmiernie szkodliwe, bo zaprzeczające podstawowej prawdzie życia; podobnie jak i wynoszenie się ponad ludzi mniej od nas wykształconych czy zdolnych, mniej rozwiniętych, a nawet wykazujących widoczną „młodszość” od nas; mogliśmy zaledwie „wczoraj” przyswajać sobie z trudem nauki nad którymi ci od nas „młodsi” mozolą się dziś. Serdeczne koleżeństwo, rozumienie i pomoc należy się od nas tym braciom naszym w wielkiej rodzinie ludzkości. O ileż byłoby to łatwiejsze gdybyśmy zrozumieli, że w sferze duchowej stanowimy wszyscy jedność.

Gdybyśmy przyjęli ideę reinkarnacji - choćby jako roboczą hipotezę w braku innej, dostatecznie tłumaczącej zjawiska życia - przestalibyśmy biadać nad własnym losem; zazdrościć innym powodzenia czy zdolności, twierdzić, iż „niema na świecie sprawiedliwości”, bo człowiekowi nieetycznemu powodzi się, a inny uczciwy potyka się wciąż o trudności; potrafilibyśmy zrozumieć że każdy może mieć inne nauki do przyswojenia, bo w innym jest „wieku” i co innego jest prawem jego rozwoju. To tylko tzw. „sprawiedliwość” ludzka jest tak ciasna i ślepa, że taki sam kodeks prawny stosuje do prymitywnych psychik, zaledwie zaczynających sobie przyswajać praktycznie pewne zasadnicze pojęcia, co i do bystrych, intelektualnie rozwiniętych i już dobrze zdających sobie sprawę z tego co dobre, a co złe. Ale w królestwie Przyrody taka sama sprawiedliwość niezłomnych praw panuje w fizycznej jak w moralnej dziedzinie; myśli i uczucia, namiętności i pożądania, czyny i tęsknoty są wszystkie ważone na takich samych szalach i równie logiczne i nieodmienne przynoszą skutki; tylko „przestrzeń” na której działają i są widoczne jest inna, jedno życie czy ich dziesiątek.

Ileż to już razy przeżywaliśmy namiętną miłość i żądzę, jak i nienawiść i dziki mściwy gniew, walkę, zemstę, okrucieństwo i wszystkie niższe i pierwotne namiętności; mieliśmy już dość czasu, aby je poznać i przekonać się o ich szkodliwości, aby opanować je i przemienić we wzruszenia wyższe; poddawanie się im dziś jest cofaniem się wstecz, jest jedynym prawdziwym „grzechem” w ewolucji. Nie jest rzeczą zbyt trudną obserwując starannie swoje uczucia, pragnienia i wrodzone, a nie narzucone, wewnętrzne pojęcia i reakcje – czyli zmysł dobra i zła, egoizmu i altruizmu – zrozumieć na jakim dziś stoimy stopniu i co jest prawem rozwoju, w naszym „dziś”; a wtedy nie będzie też zbyt trudne znalezienie busoli dla indywidualnego postępowania, jak i wyrozumiałości w stosunku do innych.

                                                           * * *

Reinkarnacje można również nazwać procesem nieustannego umierania i odradzania się; a proces ten jest w przyrodzie powszechny. Wystarczy zastanowić się chwilę, aby przyznać, że umieranie jest naszym dobrym znajomym i nieustannym towarzyszem.

Biologia nam mówi, że tkanki naszego ciała wciąż się zużywają, czyli umierają i są zastępowane przez nowe; można powiedzieć, że całe fizyczne ciało tylko dlatego sprawnie funkcjonuje, że proces dostosowania się do zmiennych wymagań środowiska i wciąż zmieniających się warunków jest nieustanny. Czyli proces odradzania się jego komórek wciąż się dokonuje. Możemy powiedzieć, że i w naszych uczuciach – a więc i narzędziu ich - zachodzą również ciągłe zmiany, jest one wciąż w ruchu, jak woda poruszona różnymi uderzeniami wiatru. Inaczej czujemy jako dziecko, inaczej w wieku młodzieńczym i inaczej jako dojrzali ludzie, a zapewne inaczej też jako starcy; a zależy to nie tylko od zmian w mózgu i systemie nerwowym. Choć może się nam zdawać, że posiadamy szereg stałych, niezmiennych uczuciowo-myślowych przekonań, ukochań, czy dążeń, przy bliższym badaniu przekonamy się, że i te przechodzą wciąż różne przemiany i przeobrażenia; jeśli pogłębiają i wzbogacają, jeśli coraz szersze zataczają kręgi, tym lepiej dla nas, znaczy że ruch odradzania się jest stały, że stare formy uczuć – zwietrzała materia ciała astralnego – odpadają (umierają) a powstają nowe. Z konieczności zmienne warunki, spotkania, zdarzenia, wywołują nowe uczuciowe reakcje; a nieoczekiwane i wyjątkowe wstrząsy mogą wywołać niemal całkowite „zawalenie się” naszej emocjonalnej struktury, jakby burza wszystkie dotychczasowe uczucia zmiotła, pozostawiając ugór, na którym dopiero po pewnym czasie pojawia się nowa ruń.

Zdolność odradzania się wzruszeniowego stanowi głównie o psychicznej „młodości” człowieka. Krzepnięcia wrażliwości uczuciowej, obojętność, czyli nie odpowiadanie na bodźce, powolność wibracji, skostniałość i uparte zatrzymywanie się, jakby obiegu żywej „krwi” w uczuciowym organizmie – skleroza psychiczna – jest w istocie przewagą śmierci nad odradzaniem się; a zależy to od stopnia wpływu Ducha na to swoje narzędzie astralne. Można twierdzić z całą pewnością, że ten sam proces umierania i odradzania się „komórek”, a nawet całych organów naszego ciała astralnego jest równie nieustanny, jak przemiany zachodzące w ciele fizycznym, a nawet większy, bo materia jest lotniejsza.

Czyż nie to samo można powiedzieć i o umysłowości? Od kształtowania się pojęć, wyrabiania się umiejętności wyciągania wniosków, uogólnień, jakie tworzą się w wieku młodzieńczym, gdy reakcje życiowe są żywe, a ruch myśli szybki i gwałtowny, aż po „ustalenie się” przekonań, poglądów, wierzeń itd. i tu zmiany zachodzą wciąż i ciągle stare jest odrzucane – zamiera - a nowe powstaje lub zmienia, modyfikuje, przetwarza. Dawne pojęcia wietrzeją i bledną, nowe powstają wciąż; jeśli się rozszerzają i wznoszą, tym lepiej, a wszelkie zakrzepnięcie w „ustalonych zasadach”, wszelka niechęć do badania nowych, choćby rewolucyjnych idei, jest smutnym dowodem przewagi elementu śmierci nad odradzaniem się w naszym mentalnym organizmie.

Na szczęście pochód cywilizacji, nowe odkrycia nauk i rewolucyjne techniki, zmuszają myśli nawet przeciętnych ludzi do ciągłych odnowień swych pojęć; a liczne objawy materializmu przeważającego dziś w świecie, skłaniają wiele żywych umysłów do zastanowienia i jakby chęci neutralizowania tych wpływów przez głębsze koncepcje ideologiczne i rzetelniejsze uczucia religijne. Więc przemiany dokonywujące się wokół nas, w tak zdawałoby się przyspieszonym tempie w ostatnim dziesięcioleciu, wywołują i odpowiednio szybkie zmiany w umysłowościach ludzi.

Streszczając można powiedzieć, że zarówno nasze fizyczne jak i uczuciowe i myślowe organizmy podlegają nieustannym zmianom, które całkiem ściśle można nazwać procesem umierania i odradzania się. Idąc o krok dalej można stwierdzić, że śmierć i narodziny są to dwie strony tego samego procesu, gdyż odradzanie się jest niejako drugą połową śmierci. Każda istota umiera tylko po to, aby sie odrodzić.

Jeśli chodzi o człowieka zarówno w pierwszej połowie tego procesu, jak w drugiej, ciągłość jego świadomości nie przerywa się. Tożsamość świadomości jest zachowana poprzez niezliczone cykle śmierci i odrodzeń. I znów idąc o krok dalej, stwierdzić można, że stosunkowo mała zachodzi różnica, czy tysiące komórek naszego fizycznego ciała zamierają wciąż czy też wszystkie, nagle pozbawione siły, która trzymała je razem w zorganizowanym kształcie, rozpadają się na poszczególne cząstki, by wieść dalej całkiem inny żywot, gdy świadomość istoty, która ich zespołu używała cofa się w inną sferę bytowania odziana w inny organizm, z o wiele subtelniejszej materii. Czyli tzw. śmierć fizycznego ciała, jakiejkolwiek istoty żyjącej jest o wiele mniej „śmiercią”, aniżeli codzienne zanikanie poszczególnych komórek wchodzących w skład tego ciała; jest ona raczej rozpadnięciem się, rozłożeniem na drobne czynniki, które odtąd zmieniają rodzaj życia. Świadomość nie tracąc nic ze swej tożsamości pozbywa się tylko czy też odrzuca, jeden zorganizowany zespół komórek, aby dalej używać drugiego, z subtelniejszej i bardziej lotnej materii. Ani nasza natura uczuciowa, ani myślowa, nie zmieniają się bynajmniej przez fakt odrzucenia dotąd używanej materii fizycznej.

Ale ponieważ istotną, trwałą świadomość człowieka jest zarówno od zwykłych uczuć, jak myśli odrębna, ale – choć przez pewien ewolucyjny okres z nimi się identyfikuje i w tym jakby własnowolnie ogranicza się i „zaślepia” - przychodzi chwila, gdy wycofuje się i ze swego uczuciowego i myślowego narzędzia w bardzo podobny sposób, jak z fizycznego.

Czyli należy raz jeszcze powtórzyć: umieranie i odradzanie się jest ogólnym, powszechnym – o dwu częściach – procesem, który zachodzi zarówno podczas naszego życia na ziemi, w trzech naszych przewodnikach-narzędziach – organizmach fizycznym, emocjonalnym i mentalnym – jak i w okresie następującym po tym, co my nazywamy tu „śmiercią”.

Jednym z radośniejszych wniosków jaki może wyciągnąć z nauki o reinkarnacji jest stwierdzenie, że od nas, i tylko od nas, zależy poznanie własnej nieśmiertelności, jeszcze tu, za życia na ziemi; chodzi tylko o skierowanie uwagi ku temu czynnikowi naszej istoty, który trwa, który jest nieśmiertelny, czyli trzeba sięgnąć w to w nas, co zachowuje ciągłość świadomości.

Ale najważniejszą nauką Hinduizmu, którą trzeba dobrze zrozumieć, jeśli chce się ogarnąć znaczenie reinkarnacji, jest twierdzenie, które może najlepiej oddają słowa wielkiego współczesnego mędrca Szri Aurobindo, wolę je w całości przytoczyć: „Nasze pojęcia o wszechświecie, przyrodzie, istnieniu, nie ograniczają się do sfery fizycznej, ogarniają psychiczną i duchową. Duch, dusza, świadomość są wedle nas nietylko potężniejsze od materii, ale są ich źródłem i twórcą; wszystko inne bierze z nich swój początek. Wszelka siła i energia to wyrazy i władze ukrytego ducha; a mocą podtrzymującą świat jest świadoma Wola; przyroda jest jeno mechanizmem jej wykonawczych władz. Materia jest tylko narzędziem lub polem doświadczalnym świadomości, która się w niej ukrywa; fizyczny wszechświat jest ruchem Ducha, specjalną postacią lub odmianą tego ruchu. Człowiek swą myślą i życiem nie pochodzi od materii i nie jest jej na zawsze podległy; jest on duchem który tej materii używa i przez nią siebie wyraża”

To ujęcie jest kluczem do zrozumienia hinduskiej filozofii i psychologii; wedle niej życie człowieka wypływa z wewnątrz, z centrum niejako jego istoty, (Monady) dążąc do przejawienia się poprzez siedmiostrefowy wszechświat coraz gęstszej, czy bardziej, „materialnej” materii; świat fizyczny jest tego wszechświata najzewnętrzniejszą, powierzchnią niejako sferą; a fizyczne ciało człowieka jest najcięższą, najgrubszą, najmniej podatną, najtrudniejszą do opanowania, powłoką jego prawdziwej istności.

Ale trzeba podkreślić, że wedle tej filozofii materia jest pewną postacią ducha; (nazywa się ją często duchmaterią) nie istnieje nic „martwego”; cała istniejąca materia jest nietylko przeniknięta duchową energią i z nią nierozerwalnie złączona, ale może być zamieniana jedna w drugą; tzn. to, co jest „materią” w jednej sferze, jest „duchem” w niższej np. lotna materia świata astralnego może być uważana – i przez wielu jest uważana - za „duchową” w stosunku do materii fizycznej. Siedem wielkich sfer energii – które ogarniają wszystkość przejawionych światów – wszelkie w nich życie i wielkie formy, - to siedem stanów czy postaci ducha, od przenajwyższej świadomości do tejże, uwięzionej i zamkniętej (czasowo), aż w najgłębszą fizyczną materię naszej sfery.

W rozpatrywaniu nauki o reinkarnacji mówimy głównie o trzech powłokach czyli ciałach, człowieka – fizycznym, emocjonalnym i mentalnym. W każdej z tych sfer świadomość człowieka przejawia się i wyraża poprzez najzewnętrzniejszą powłokę. W życiu na ziemi uczucia swe i myśli człowiek wyraża poprzez widzialne, konkretne ruchy, czyny i dzieła. A gdy się od fizycznego ciała uwolni, wyraża się z tą samą swobodą i oczywistością przez swe narzędzie emocjonalne, w świecie tej subtelniejszej astralnej materii, która jest dlań wówczas równie konkretną, jak była fizyczna za życia na ziemi. To samo się powtarza w świecie mentalnym, gdy najzewnętrzniejszą powłoką świadomości człowieka jest jego organizm mentalny.

Te trzy nasze niższe narzędzia zostały nam przekazane z królestwa zwierzęcego; mają one za sobą miliony wieków ewolucji zanim stają się dostatecznie urobione – zwłaszcza ciało fizyczne, najdoskonalej ze wszystkich uorganizowane – i przygotowane do zstąpienia w nie iskry najwyższego Płomienia Świadomości, czyli Ducha boskiego.

Prawdą jest bowiem, że człowiek swą niższą naturą „pochodzi” od królestwa zwierzęcego, ale prawdą jest również, że Duch jego jest boski.

Przedziwne jest zjawisko tzw. „indywidualizacji”, czyli złączenia się duszyczki najbardziej rozwiniętego zwierzęcia, np. psa, w chwili jakiegoś najwyższego wzruszenia na jakie jest zdolny, ze spływającą z góry „potopem” energią boskiego Ducha, co tworzy tzw. „duszę ludzką” i jej narzędzie, zwane „ciałem przyczynowym”. Odtąd owa dusza ludzka jest oddzielona „przepaścią” od zwierząt, (ogniwo brakujące pomiędzy najwyższym zwierzęcym organizmem a najniższym ludzkim, nie zostało jeszcze przez naukę odkryte) choć dziedziczy od nich swą niższą naturę, którą będzie musiała opanować, aby się stała jej powolnym sługą; ale jest oddzielona również od Ducha, do całkowitego zjednoczenia z którym ma odtąd dążyć przez długie wieki, wznosząc niejako, wedle symboliki wschodniej, „ziemię w niebo” lub: powracając jako „Syn w Dom Ojca” gotów do współtworzenia razem z Nim.

Nie miejsce podawać tutaj szczegółowy opis tego przedziwnego zjawiska; wspomnę tylko, że nie jeden badacz uważa, iż zjawisko to odpowiada temu, co zostało nazwane symbolicznie w pismach hebrajskich „upadkiem Aniołów”. Owo zstąpienie Ducha w niższe sfery, aby je „wznieść” i powrócić po wiekach bogatszym w ich poznanie i władzę, jest sensem i celem całej ewolucji, której drobnym fragmentem jest jeden „cykl reinkarnacyjny”, a tym bardziej jego połowa, tj. jedno nasze życie na ziemi.

W symbolice wszystkich narodów starożytności istota ludzka jest przedstawiana jako napoły boska, a napoły zwierzęca (Grecja, Egipt itd.). W Indii mówi się, iż dusza człowieka musi zdobyć swą nieśmiertelność, co tłumaczy się wyraźnie w świetle tych badań – jasnowidzeniem – nad procesem „indywidualizacji”. Stwierdzają one, iż tzw. „dusza ludzka” nie jest jakąś mglistą, nieokreśloną istnością, niewiadomo w jakim pozostająca stosunku do tego, co zwykle (na nieszczęście) uważamy za siebie, tj. do fizycznego ciała; że jest ona ośrodkiem promiennej energii (trójcy duchowej – mocy, miłości, myśli twórczej) działającym w swej strefie poprzez swe narzędzie tj. „ciało przyczynowe”; które się składa, jakeśmy już wspomnieli, z najsubtelniejszej materii mentalnej sfery wszechświata. Przeznaczeniem i zadaniem tej „ludzkiej duszy” jest przejawić w niższych sferach, opanowując je i zdobywając pełną nad nimi władzę – swe boskie cechy i moce, poprzez pracę wielu ludzkich żywotów na ziemi. Dusza ludzka choć ma początek, bo jest „zrodzona w czasie”, nie ma końca, gdyż bierze udział w nieśmiertelności i niezniszczalności Ducha. Jej powolne opanowywanie niższych narzędzi i przejawianie coraz więcej swych twórczych cech i zdolności, wymaga oczywiście czasu, stąd następujące po sobie cykle inkarnacji; w każdej z nich wyciąga z ziemskich doświadczeń to, co jest najlepsze, najtrwalsze i w jej ewolucji pomocne; aż w końcu dochodzi do doskonałości tj. do pełnego przejawienia trzech postaci Ducha w ich płomiennej pełni, czyli osiąga szczyt ludzkiej ewolucji – Wyzwolenie, „Synostwo Boże” lub nadczłowieczeństwo.

To szkicowe podanie, tak ciekawej teorii reinkarnacji może zachęci czytelnika do dalszych studiów; ale chyba wystarcza, żeby zrozumieć czym jest w jej świecie to, co zostało nazwane wyżej „świadomą nieśmiertelnością”, a co należałoby raczej nazwać uświadomieniem sobie i w obecnym życiu, własnej nieśmiertelności. Przypomnijmy słowa św. Pawła, iż człowiek składa się z Ducha, duszy i ciała; różnica pomiędzy Duchem a duszą jest w nich wyraźnie zaznaczona. Możemy również pomyśleć o słowach Chrystusa, iż mamy się stać doskonali jako Ojciec nasz niebieski doskonałym jest; i zadać sobie pytanie czy byłoby to możliwe w przeciągu choćby najdłuższego, ale jedynego życia na ziemi? A cóż z tymi, którzy są jeszcze w stanie intelektualnego i moralnego dzieciństwa? Gdy się nad tym zastanowimy, teoria reinkarnacji wyda się nam może nie tylko logiczną i ciekawą, ale i prawdopodobną i w najwyższej mierze sprawiedliwą.

Proces reinkarnacji

reinkarnacja

Wedle tego, co było wyżej naszkicowane jasne jest, że cykl reinkarnacyjny nie rozpoczyna się od narodzin niemowlęcia na fizycznym planie, a od wypromieniowania przez duszę ze swej sfery woli do powrotu w doświadczenia ziemskie – po przyswojeniu sobie wszystkiego, co się dało z poprzedniego ziemskiego istnienia – (owa wola życia w świecie przejawionym, zwie się w Buddhyzmie Tanha) ona to działając w materii trzech niższych sfer, przyciąga tyle i taką tej sfery materię, jaka odpowiada rytmowi wibracyjnemu jej własnego życia i skutkom (w danej sferze) poprzedniego w niej żywota na ziemi. Czyli nowo budujące się ciała mentalne i astralne odpowiadają dokładnie stopniowi rozwoju, jaki te przewodniki osiągnęły w ostatnim życiu na ziemi. Gdy te dwa narzędzia duszy wyraźnie się zarysowują, następuje skierowanie się jej ku sferze fizycznej, gdzie ma się dla niej przygotować fizyczne ciało.

Tylko na bardzo wysokim stopniu rozwoju dusza może sama decydować w jakim narodzie, religii, rodzinie najlepiej wyrazi się jej Karmą, czyli wielorakie skutki poprzednich żywotów, gdyż wymaga to znajomości wszystkich jej poprzednich wcieleń i niezmiernie dokładnego wyboru i doboru takich czynników, które w przygotowującym się życiu mogą się dopełnić; takiego zrównoważenia „dobrych” i „złych” skutków, czyli nie tylko niosących cierpienie lub radość i pomagających lub przeszkadzających w dalszym rozwoju i pochodzie duszy ku doskonałości, ale które byłyby najodpowiedniejsze. Zazwyczaj cały ten nieskończenie złożony dobór jest dokonywany przez wielkie duchowe Istoty, możemy je nazwać Aniołami w braku innego imienia; których specjalnym zadaniem w kosmicznym procesie ewolucyjnym jest dobierania z sumy skutków, jakie dana istota w przeciągu swych licznych żywotów – myślą, czuciem i czynem – stworzyła, takich, aby jej były najbardziej w danej drodze pomocne. Suma cierpienia – choćby było „zasłużone”, (a nie zasłużone nie bywa nigdy) nie może być zbyt duża, bo by to zgnębiło i przytłoczyło człowieka; bodźce ku rozwojowi muszą być najumiejętniej wybrane, długi do spłacenia wobec innych ludzi najściślej określone; a to wszystko wymaga nieskończenie większej mądrości i dalekowidztwa, niż nawet wysoko stojący dziś ludzie mogliby posiadać. Jest to więc zadanie „wyspecjalizowanych” w tej pracy we wszechświecie Aniołów.

Dusza ze swej górnej sfery wywiera wyraźny wpływ na kształtowanie się, jakby w szkicu, swego mentalnego i astralnego przewodnika, poprzez tzw. „atomy permanentne” czyli „stałe”, które sobie była od samego początku swej ewolucji jako duszy ludzkiej „uchwyciła”, i które przez niezmiernie długi okres jej ludzkiej wędrówki, aż w nadczłowieczeństwo, niezmiennie jej służą. Połączone z nią jakby linijką świetlistą subtelnej materii, wibrują w rytm przez duszę im nadany – oczywiście inny zależnie od stopnia jej rozwoju – i przyciągają podobne sobie w rytmie cząsteczki, tak mentalnego, jak i astralnego świata. Podobnie Dusza „trzyma” i atom podstawowy fizyczny, zawierający w stanie potencjalnym – jak ziarno – rezultaty poprzedniego życia na ziemi. Gdy przy pomocy Aniołów kierowniczych, inaczej zwanych Aniołami czy Dewami Karmy, uwaga duszy zwraca się ku przeznaczonym rodzicom fizycznego ciała, które jej ma w rozpoczynającym się życiu służyć, i atom fizyczny – należący do eterycznej materii fizycznego planu – jest pobudzony do aktywności, poczyna wibrować i przyciąga strumienie lotnej materii eterycznej, która układa się w pewien kształt i staje się, jakby modelem czy wzorem, wedle którego, a właściwie w obrębie którego, ciało fizyczne będzie się budowało w łonie matki, kiedy fizyczny atom permanentny przenika w jej łono; czasem od strony ojca, czasem od strony matki, co o ile się badaczom udało stwierdzić, zależy od tego, z którym z rodziców dusza rządząca tym atomem ma silniejszy związek.

Można stwierdzić na podstawie badań jasnowidzeniem – a wszystkie podawane tu szczegóły pochodzą z twierdzeń wielu badaczy tą metodą, starannie sprawdzonych przez innych* (Patrz książki: G. Hodeona: „Cud Narodzin” i „Królestwo Bogów”) - że chwila poczęcia jest początkiem inkarnacji, a nie dopiero urodzenie „gotowego” organizmu; już zygot wraz z atomem permanentnym, wydają „dźwięk”, czyli wibrację, która jest niejako podstawą do tworzenia się zarówno ciała eterycznego, jak wbudowanego weń fizycznego embrionu. Niezmiernie ciekawe badania wykazują, jak wielką rolę w tym okresie odgrywają tzw. „duchy przyrody”, inaczej zwane „budowniczymi form”, są to „młodsze” hierarchie anielskie; z największą starannością kierują każdą fazą tworzenia się embrionu w łonie matki.

Drugim już wyraźnie zaznaczającym się wpływem jest prąd płynący od duszy, która jakby snopem promieni białego światła jest połączona, zarówno z kształtującym się powoli mentalnym i astralnym ciałem, jak i z sercem tworzącego się w łonie matki fizycznego organizmu. Ten snop promieni w chwili zapłodnienia spływa od duszy w nasienie, ożywiając je swymi energiami ku dalszemu rozwojowi. Energie te rozpoczynają swe działanie od chwili połączenia się pozytywnych i negatywnych, męskich i żeńskich energij nasienia i jaja.

Trzecim czynnikiem oddziaływującym silnie na kształtujący się organizm fizyczny, a nawet astralny, są myśli i uczucia oraz rodzaj życia matki. Ta prawda była dobrze znana w starożytności; w Grecji np. umyślnie otaczano kobietę w ciąży najpiękniejszą przyrodą, najładniejszymi przedmiotami, dbano o harmonię i spokój w jej środowisku, opowiadano historie o wielkości bohaterów i starano się natchnąć jej myśli marzeniami, że jej dziecko będzie także dzielnym i wspaniale pięknym człowiekiem; czyli dbano o kształtowanie wedle wzorów ludzkiego piękna, dziecię od samego poczęcia. W Indii starożytnej tradycja nakazywała rytuały błogosławiące przyszłą matkę na początku dojrzałości dziewczęcia; a potem dwa obrzędy podczas ciąży, mające dopomagać zarówno w kształtowaniu się zarówno fizycznego organizmu, jak i najściślejszego połączenia z nim duszy, która już od poczęcia wchodzi w kontakt z matką, jak i z przyszłym swoim fizycznym narzędziem* (Znane są fakty, iż wyjątkowo burzliwe i nieharmonijne życie matki w tym okresie, a jeszcze bardziej jej niechęć lub nienawiść do męża, mogą nadwątlić ten związek, co ma fatalne dla człowieka skutki.) Nasza mądrość ludowa zdaje się także tą tradycję przechowywała, bo znane jest powiedzenie, iż dziecko będzie podobne do tego, o kim matka najsilniej podczas ciąży myśli.

Na nieszczęście narody współczesne całkowicie zatraciły te tradycje, toteż mamy we wszystkich krajach niebywałą ilość moralnej i fizycznej brzydoty. Dopiero w ostatnich dziesiątkach lat poprzez sport, powstał pewien kult fizycznego piękna; a z drugiej strony rozpowszechniające się badania okultystyczne zwracają uwagę coraz szerszych warstw kulturalnych społeczeństw, na niezmierną doniosłość okresu ciąży dla przyszłości nowego człowieka, który ma wkrótce ujrzeć światło dzienne; tak dalece, iż najciekawsze teorie pedagogiczne mówią dziś, iż wychowanie zaczyna się nie od urodzenia, a od poczęcia dziecka; mając na myśli te same zasady, które stosowała starożytność tj. konieczność działania odpowiednim otoczeniem, harmonią i pięknem na matkę, jeśli się chce, aby dziecko było zdrowe, ładne, dobrze zbudowane i możliwie najlepszego charakteru. Bo choć jego natura emocjonalna, działająca w ciele astralnym, będzie przede wszystkim wyrazem jego własnej wzruszeniowej przeszłości, jednak tak przed urodzeniem, jak podczas pierwszych lat życia, pewne w niej cechy mogą obudzić się wcześniej lub później; jeśli dobre i szlachetne budzą się wcześniej, o wiele łatwiej jest potem opanowywać i kierować gorszymi, i odwrotnie; toteż mają po stokroć rację pedagogowie, którzy twierdzą, że właśnie pierwsze lata są dla nowego człowieka znacznie ważniejsze, aniżeli szkolne i następne. Nie można dość silnie podkreślić, że przynajmniej inteligentne rodziny powinny zainteresować się tymi nowymi pojęciami, zarówno w przed urodzeniowym okresie, jak i pierwszych latach, a nawet miesiącach życia dziecka; i jeśli im chodzi o dobro swego społeczeństwa i narodu, powinny – o ile to w naszych trudnych ekonomicznie czasach jest możliwe – stosować te zasady z największą starannością, dbając o dobro i całe życie swego dziecka, które wszak niemal wszyscy rodzice kochają. Należałoby dawać młodym dziewczętom – kandydatką na matki – zawczasu pouczenia jak bardzo ich myśli i uczucia będą podczas ciąży wpływać na rozwój przyszłego człowieka.

Pierwsze lata dziecka, jak już zaznaczyliśmy można uważać za najważniejsze dla dalszego rozwoju i niemal całej inkarnacji; dowiedli tego dostatecznie tzw. psychoanalitycy (Freud, Adler, Jung itd.) wykazując, iż wrażenia otrzymane w dzieciństwie pozostawiają w psychice niezatarte na całe życie ślady; stając się, jakże często, ukrytymi przyczynami spaczeń, urazów, deformacji i obciążeń, nie łatwo dających się wykryć, a tym bardziej usunąć. Psychologia okultystyczna daje dwa tego stwierdzonego faktu wyjaśnienia. Przede wszystkim dusza, indywidualna jaźń, tylko powoli i stopniowo zdobywa wpływ i władzę nad swymi przewodnikami; mówiąc nieco schematycznie i ogólnie, pierwsze 5 do 7-miu lat nad ciałem fizycznym; następnie tyleż nad swoim światem wzruszeń i uczyć, a jeszcze nieco dłużej - nieraz także 5-7 lat – nad narzędziem myśli; te okresy są trudne, zwłaszcza okres dojrzewania, gdy zachodzą doniosłe przeobrażenia nie tylko w fizycznym organizmie, ale i w emocjonalno-myślowym; dopiero pomiędzy 18 a 21 rokiem dusza jest w stanie w pełni opanować i działać poprzez trzy swoje narzędzia; zarówno czas jak i stopień jego opanowania zmienia się zależnie od typu i rozwoju jaki dusza sama osiągnęła.

A następnie każdy z tych trzech narzędzi jest w tym okresie w stanie plastycznym, wrażliwym na wszelkie zewnętrzne bodźce , jakby w stosunku do całego zewnętrznego świata - „bezbronnym”. Zwłaszcza, że dzieci w pierwszych latach życia są jeszcze w bliższym kontakcie ze sferami duszy, aniżeli ziemi; „pamiętają” atmosferę, życie, a nawet „prawa” wyższego świata; niejednokrotnie widzą o wiele więcej aniżeli otaczający dorośli i ciągłe zderzenia tego świata, który jest dla nich równie realny, z otaczającym konkretnym i twardym, są zaskakujące, trudne do pojęcia a tym bardziej dania sobie z nimi rady. Znane są częste fakty, iż dziecko rozmawia z kimś dla dorosłych niewidzialnym, że opowiada „fantastyczne” historie, które dorosłym wydają się zmyślaniem, a nawet kłamstwem, i reagują na to strofowaniem lub co gorsza śmiechem i kpinami; a biedny stracony wśród nowego świata mały odkrywca, nie może pojąć, że to, co on widzi równie konkretnie jak fizyczne przedmioty, jest niedostępne dla wzroku matki czy najbliższych; powstaje konflikt, zderzenie, a wkrótce zamykanie się i ukrywanie swych przeżyć a nawet obserwacji przed dorosłymi. Poza tym u iluż to dzieci przejawia się naiwna życzliwość w stosunku do wszystkich napotykanych ludzi, zanim nie pocznie się je przekonywać że: „to obcy”, a to „swój”, od tego trzeba stronić, a tego „grzecznie pozdrawiać” itd. Każdy, kto zna nieco psychologię dziecka od strony głębszej, okultystycznej, nie może patrzeć bez największego bólu na stałe, uparte, ślepe, paczenie zdrowych instynktów, tłumienie najładniejszych odruchów, niweczenie prostoty i szczerości, a rozwijanie przez systematyczne tresowanie, fałszu, obłudy, rozpaczliwych konwencjonalizmów; zasilania w naturze dziecka cech gorszych, a jakże niezmiernie rzadko dawanie mu przynajmniej swobody rośnięcia, bez narzucania złego, jeśli już nie pomocy w budzeniu dobrego; bez naśladownictwa i wtłaczania w tą podatną, bezbronną, giętką psychikę rzeczy nieraz wręcz szkodliwych, najczęściej zbędnych, a nieraz na całe życie utrudniających.

Gdy wiedza o reinkarnacji będzie szerzej znana, rodzice i wychowawcy głębiej zrozumieją prawdę, którą tak genialnie wyczuła Maria Montessori, że to dorośli powinniby uczyć się od dziecka, prędzej niż chcieć je urabiać na własną - zazwyczaj ciasną i stereotypową – modłę; że obserwowanie, a potem zasilanie, własnych instynktów, skłonności, zamiłowań dziecka, dalej może nas zaprowadzić w wyrabianiu nowego typu człowieka, aniżeli tresura wedle zasady „przystrzygania płotków”, lub usiłowania rodziców by ich latorośl była do nich podobna, czy też wynagradzała ich własne niedociągnięcia, klęski i zawody życiowe. Wiedząc, iż dziecko nie jest nową istotą, jak glina podatną do urabiania wedle widzimisię starszych; że jest duszą dość „starą” by mieć swą wyraźną indywidualność, o własnym charakterze, zdolnościach, tendencjach i możliwościach, zrozumie się, że rolą i zadaniem dorosłych jest poznać ją, zrozumieć i dopomagać – ostrożnie i z szacunkiem – do ich zdrowego i bezpośredniego przejawienia, nie hamując, nie przytłaczając, nie pacząc. Przyczynilibyśmy się wówczas więcej do odnawiania społeczeństw od podstaw, aniżeli przez późniejsze karcenie, „reformowanie” czy nawracanie na „dobrą drogę” spaczonych charakterów młodzieży. Badania nad małoletnimi przestępcami wskazują, że u znacznej ich większości przyczyny ich wykolejenia się tkwiły we wczesnym dzieciństwie; gdyż, jakeśmy to już zaznaczyli w psychice każdej powracającej w nowe wcielenie istoty, tają się zalążki tak dobrych i społecznie pożądanych; jak złych, aspołecznych i szkodliwych skłonności; że od tego, które się najpierw pobudzi do działania, będzie w dużej mierze zależeć charakter człowieka w przyszłości; bo gdy gorsze zbudzą się wpierw pod wpływem bodźców niepożądanego środowiska, późniejsza przewaga dobrych staje się utrudniona i nieraz przejawienie się wrodzonych najlepszych instynktów znacznie opóźnione. Jeszcze raz więc należy podkreślić jak bardzo moralnie ważne są pierwsze lata dziecka, jak bardzo trzeba zwracać uwagę na otaczanie go odpowiednią atmosferą, przykładem, a nade wszystko dobrocią i niesentymentalną (ta jest najczęściej odmianą egoizmu rodziców), a jędrną i rozumną miłością; jest to najlepszą pomocą w pracy duszy, która wciąż usiłuje działać na swe narzędzia i uczy się nimi kierować, a dokonanie tego wcale nie jest łatwym zadaniem.

Zanim mózg i system nerwowy nie wyćwiczą się dostatecznie w odbieraniu i przekazywaniu, zarówno wibracji od strony duszy ku świadomości fizycznej, jak wrażeń od bodźców zewnętrznych ku duszy, upływają lata.

Ciała astralne i mentalne dziecka są również jeszcze nie zorganizowane, przedstawiają mgławice o paru lekko zarysowujących się barwach, a mają się stać z biegiem lat – poddane tym dwom wpływom: duszy od wewnątrz i bodźcom od otaczającego, tak fizycznego jak emocjonalnego i myślowego świata, od zewnątrz - dobrze wyrobionymi organizmami, o dużej skali wibracji i bogatych barwach; te wyrażają w tych sferach, namiętności, emocje, uczucia, pojęcia, myśli itd. Im bogatsza i subtelniejsza jest natura uczuciowa, a szersza skala myśli, tym barwy w aurze człowieka są bardziej świetliste, wyraźne, żywe i jasne; zaś namiętności pierwotne, egoizm, zawiść, chciwość itp. tworzą barwy mętne, brudne i jakby „cuchnące”.

Dopiero w wieku młodzieńczym następuje ściślejszy związek duszy z jej narzędziami i jej łatwiejsze przez nie działanie; o ile oczywiście stopień jej ewolucji na to pozwala – bo przez długie wieki dusza nie ma bezpośrednio na swe przewodniki wpływu, a tym mniej władzy nad nimi. Mówimy tu o typie ludzi o dużej kulturze, wykształceniu i znacznej etyce.

                                                          * * *

Wartość każdej inkarnacji, z punktu duszy, mierzy się nie tyle tym, co się potocznie nazywa „pomyślnym życiem”, ile wielostronnością sposobności do wyrobienia charakteru, rozwinięcia zdolności i właściwego do życia i doświadczeń jakie nam niesie, stosunku. Nieraz życie tzw. z punktu zwykłego ludzkiego wartościowania „nieszczęśliwe”, pełne trudu i przeciwności, bolesnych zdarzeń, trudnych starć, tragicznych niepowodzeń, jest w swym wewnętrznym dorobku stokroć dla duszy cenniejsze, niż inne, łatwe i „szczęśliwe”. Bowiem trzeba dobrze zrozumieć, że celem naszej poprzez wiele wcieleń wędrówki nie jest wcale zadawalanie naszych zachcianek, a nawet marzeń i pragnień, (chociaż te, jeśli są wyższe ponad nasz egoizm i ciasne kółko osobistych pojęć, mogą przyczynić się znacznie do stworzenia „dobrych” rezultatów dla przyszłego na ziemi istnienia, bowiem każde bezosobiste marzenie i szersza wizja wcześniej czy później spełniają się, i można by, znając prawa działania myślą, własnowolnie tworzyć barwę i ton naszego przyszłego wcielenia); celem ważnym dla duszy jest zdobycie takiego poznania owych trzech niższych światów, które wzbogaci jej wiedzę; oraz takich doświadczeń, które doją jej możność przejawić swoje własne władze i cechy, pomimo sprzeciwu czy „kradzenia” jej sił dla zasilania samowoli astro-mentalnej osobowości, co się wciąż dzieje, gdy wplatamy małe pobudki w dobre czyny, gdy kalamy ładne skądinąd uczucia zazdrością, chęcią wzajemności czy wyłączności itp.; tzn. gdy energie duszy zabarwiają się odrębnymi zachciankami przewodników, gdy te uzurpują sobie prawa pana, zamiast być powolnym sługą. Wymaga to dłuższego wyjaśnienia, rzucającego światło na wiele naszych nieustannych walk i rozterek wewnętrznych, na owe stany wyrażone w słynnych słowach św. Pawła, gdy zastanawia się jaka jest przyczyna, iż wola jego chce jednego, a ciało i pożądania czegoś zgoła innego, gdy widzi inne prawo w członkach swych, a inne w myśli.

Studia okultystyczne rzucają na to ciekawe światło. Nasze ciało fizyczne składa się z milionów komórek mających swe własne życie, a wplecionych w budowę organów, z których każdy ma również swe specjalne zadania, więc i komórki wchodzące w jego skład muszą specjalizować się, przystosowując się do wyznaczonych im czynności – np. komórka nerwowa będzie nieco inaczej zbudowana od komórki płuc czy nerek; czyli poza spełnianiem przez ciało fizyczne jako całość, zadań do których jest powołane – koniecznych dla używającej go świadomości - cząstki wchodzące w jego skład mają swe własne życie, swoje zadania i prawa. Podobnie jest z naszym organizmem astralnym. Cząsteczki materii, które wchodzą w jego skład mają swe własne życie, własny impuls ewolucyjny, należą mianowicie do materii będącej na łuku zstępnym, dla której rozwoju potrzebne są bardzo silne bodźce, gwałtowne wstrząsy, potężne wibracje itp. Czyli w interesie ewolucyjnym cząstek naszego ciała astralnego są silne żądze i namiętności; zaś dla człowieka znajdującego się już na pewnym wyższym stopniu rozwoju te stanowią przeszłość, uleganie im jest nieraz cofaniem się, życiem wedle prawa jego „wczoraj” a nie „dziś”; w jego interesie ewolucyjnym jest „uspakajanie” wszelkich dzikich żądz i gwałtownych wibracji, wprowadzenie w grę subtelniejszych uczuć i wzruszeń, które dają wibracje szybsze, ale łagodniejsze o bardziej harmonijnym rytmie. Jest więc pewne zderzenie i niewspółmierność; istotnie określenie św. Pawła jest najzupełniej ścisłe: inne prawo rządzi cząstkami astralnego organizmu, a inne wyraża się przez wolę, pragnienie doskonalenia się czy tęsknotę człowieka.

Na bardzo niskim stopniu rozwoju ta sprzeczność nie istnieje; po prostu człowiek a jego żądze stanowią jedno; nie ma konfliktu, bo nie ma jeszcze „poznania dobra i zła”, czyli tego co ewolucji pomaga, a co przeszkadza; jeszcze nie kosztował owoców z drzewa „wiadomości dobrego i złego”, jest niewinny, naiwny jak dziecko, nie „grzeszy”, bo nie wie, nie zna, nie rozumie; i w swoim utożsamianiu się z instynktami swego astralnego organizmu jest całkowity. W tym stadium dusza nie ma jeszcze żadnej nad narzędziami władzy, nie przejawia się wcale w woli, można powiedzieć że „śpi”.

Ale okres gdy człowiek już dobrze wie, nie tylko na podstawie zakazów i nakazów mądrzejszych i starszych od niego, ale i na podstawie własnego w przeszłych istnieniach zdobytego doświadczenia, co jest „dobre” a co „złe”, czyli zdaje sobie sprawę z moralnych praw, choć może ich jeszcze tak nie nazywa i nie stosuje ściśle do użyteczności, tzn. nie rozumie jasno, że to, co się nazywa „złe” w jego postępowaniu z innymi jest w istocie najgorsze dla niego samego, bo najboleśniejsze przyniesie mu w swoim czasie skutki; ale rozumie i pamięta już, że „ tego czynić nie należy”, a tamto „robić jest dobrze”. W tym właśnie okresie – znacznego obudzenia zmysłu moralnego, bez wyrobienia jeszcze dostatecznej siły, aby iść wedle niego zawsze i wbrew oporowi (własnej przeszłości oraz tej głuchej a silnej tendencji, jakby ciążenia cząstek astralnego organizmu: w kierunku przeciwnym) przeżywa największe konflikty, rozterki, i rozdarcia. Do tego okresu stosują się słowa św. Pawła.

Jakeśmy już zanaczyli wartość każdej ziemskiej inkarnacji dla duszy, mierzy się zgoła innymi sprawdzianami niż ludzie zwykle oceniają losy różnych jednostek. W przeciągu wielu wieków ewolucja jest niezmiernie powolna, każde doświadczenie musi być wielokrotnie powtarzane zanim świadomość zrozumie jego właściwe znaczenie, jego treść i naukę, którą ma z niego wyciągnąć. Cel życia jest zupełnie nierozumiany; nawet dziś na naszym obecnym stopniu rozwoju stosunek prawie wszystkich ludzi do życia jest „żądający”, jakby się nam wszystko „należało”, oczekuje się od niego wciąż czegoś miłego, przyjemnego, zadawalającego zachcianki i pożądania, i rozgorycza się wobec przeciwności; rzadko, bardzo rzadko przychodzi nam na myśl, że ten los sami tworzymy. Jest to stosunek dziecka, które instynktownie czuje, że mu się wiele należy, a od niego prawie nic; które nie wie jeszcze, co to odpowiedzialność i własna twórczość. Dopóki taki stosunek w nas przeważa rozwój jest niezmiernie powolny, dorobek każdego życia na ziemi bardzo mizerny, a więc i skutki w drugiej części łuku życia tj. w innych stanach świadomości – po śmierci fizycznego ciała – dla duszy ubogie.

Ale od chwili, gdy poczynamy rozumieć, że życie „czegoś od nas chce”, że poza każdym zdarzeniem ukrywa się jakaś głębsza treść, że należy ją zrozumieć i zachować się jak można najgodniej, najsilniej, nie poddając się przeciwnością, nie uginając pod ciosami, a odwrotnie trzeba mężnieć i hartować się i wnosić w nie własną wolę, wyraźne dążenie, ścisłą i przezorną myśl; że tą samą monetą ludzie będą nam płacić, jaką my im podajemy; gdy uczymy się wychodzić ze swojego ciasnego samolubnego kręgu i widzieć piękno życia i wartość wielu ludzi, niezależnie od ich użyteczności dla nas samych, czyli zaczynamy pojmować czym może być bezinteresowność, widzenie „rzeczy samych w sobie”; gdy potrafimy już przeciwstawiać się już głuchym pożądaniom – w istocie wcale do naszej jaźni nie należącym – czyli gdy bierzemy niejako ster naszego myślowo-uczuciowego życia, przynajmniej do pewnego stopnia, we własne ręce, ewolucja znacznie się przyspiesza. Im dalej tym idzie szybciej.

                                                          * * *

Stan i życie człowieka po zrzuceniu fizycznego ciała – a tylko tym jest śmierć – zależy całkowicie od stopnia jego rozwoju oraz rodzaju energii jakie za życia na ziemi zgromadził.

Sama śmierć, czyli wycofanie się świadomości ze swego fizycznego narzędzia jest procesem o wiele prostszym aniżeli ludzie zwykli sobie wyobrażać. Najnowsze badania przeprowadzone w Ameryce wykazują że to, co się zazwyczaj uważa za bolesną agonię, najczęściej tym nie jest; że są to raczej odruchy czysto fizyczne bez udziału świadomości, (a więc i bez odczuwania bólu), która o wiele wcześniej poczyna miarowo wycofywać się z ciała i skupiać się w sobie, niżby lekarze mogli sądzić; a wszelkie symptomy, które by można uważać za objawy męki i cierpienia dzieją się niemal bez jego udziału. Czyli pomiędzy początkiem tego wycofywania się a chwilą, gdy oddech i bicie serca ustają jest o wiele dłuższy interwał niż się sądzi. Zachodzi wówczas doniosłe dla świadomości zjawisko, stwierdzone przez wszystkich, którzy te chwile odchodzących ludzi badali; mianowicie przegląd krótki i syntetyczny całego życia, gdy dusza jakby w nagłym jasnowidzeniu dostrzega cały sens i cel swego istnienia; widzi jasno swe pobudki i ich rezultaty, błędy i pomyłki, osiągnięcia i zwycięstwa i to zazwyczaj inaczej niż je oceniała za życia; widzi treść najważniejszych przeżyć i ich dla przyszłości cel. Wymaga to niesłychanego skupienia na przesuwających się przed duszą obrazach, toteż cząstka świadomości, która pozostaje jeszcze w przeciągu tych chwil z ciałem fizycznym jest bardzo znikoma. Wszystkie religie świata zalecały zawsze modlitwy i spokój przy umierającym, właśnie dlatego, aby nie zakłócać tych doniosłych chwil przeglądu całego życia, co ma na najbliższą i dalszą przyszłość ogromne dla człowieka znaczenie.

Gdy świadomość się już całkowicie wycofa z fizycznego ciała, to stygnie i sztywnieje, tkanki i komórki nie przestają jednak działać i ten proces rozprzęgania się „republiki” komórek fizycznych i ich dalsze zachowywanie się, gdy kierownicza siła, która trzymała je w zorganizowanej i wspaniale ułożonej wspólnocie odchodzi, jest niezmiernie ciekawym tematem do dalszych badań, ale nas tutaj nie zajmuje.

Jedno z podstawowych twierdzeń wszystkich badaczy jest: świadomość człowieka nie zmienia się po odrzuceniu fizycznego ciała. Nie staje się on ani gorszy, ani lepszy, nie oczyszcza się nagle ze wszystkich przywar i słabości, i oczywiście nie „idzie do nieba czy piekła”. Są to stany a nie miejsca; a jeśli chodzi o cierpienie jest ono na ziemi najostrzejsze i właśnie ziemię, można by nieraz uważać za najokrutniejsze piekło. Stany cierpienia – oczywiście nie wiecznego, bo przypuszczanie, że przyczyna skończona może dać nieskończony skutek jest absurdalne – rzeczywiście istnieją, ale są tylko nieuniknionym skutkiem żywionych fizycznych namiętności (żarłoczność, pijaństwo, morfina, chuć) bez możności fizycznego ich zaspokojenia; istnieją również w pewnych specjalnych wypadkach, jak samobójstwo, nagła śmierć w paroksyzmie strachu itp.

Przejście świadomości poza bramę śmierci niewiele sie zazwyczaj różni od zapadnięcia w sen, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Z tą różnicą, że część – zresztą nieznaczna – świadomości pozostaje w ciele fizycznym do którego reszta jej rano powraca, a w śmierci wycofanie się jest definitywne, całkowite, bezpowrotne. Człowiek na niskim poziomie rozwoju, którego ciało astralne jest jeszcze bardzo słabo zorganizowane i nie mogące działać samodzielnie podczas snu, jak i po śmierci, jest bardzo mało świadom swego otoczenia, jest w stanie pół sennym i niewiele może odczuwać chyba, że nim miotały gwałtowne namiętności za życia i trwają nadal szukając wyrażenia się. Ale na stopniu przeciętnie kulturalnego człowieka naszej doby podczas, gdy ciało fizyczne jest pogrążone we śnie, świadomość jego już może działać w astralnym przewodniku, postrzegać otaczający go świat, poznawać ludzi również w ich astralnych powłokach; nieraz może spotykać przyjaciół umarłych, albo którzy równie jak on pozostawili swe fizyczne ciało w uśpieniu. Może także, o ile jest nieco bardziej rozwinięty, przenosić się z niebywałą szybkością z miejsca na miejsce, według własnej woli; zazwyczaj sny o unoszeniu się w powietrzu, lataniu, przechodzeniu przez fizyczne zapory itd. są odbiciem w mózgu fizycznym, wspomnień takich wędrówek.

W ogóle pierwsze czasy po śmierci ciała fizycznego nie są łatwe, bo się człowiek zupełnie nie orientuje, co się z nim dzieje, nie pojmuje, że „umarł”, wszystkie mgliste pojęcia jakie miał o świecie „po tamtej stronie” nie znajdują potwierdzenia, jest – poza wyjątkami – zdezorientowany. Nieraz starając się wejść w kontakt z tymi, którzy pozostali na ziemi, a których astralne powłoki widzi wyraźnie, choć nie może postrzegać fizycznych, nie potrafi pojąć dlaczego nie rozumieją go i nie odpowiadają, a nawet w ogóle nie reagują. Powoli zaczyna pojmować, że się znajduje w jakimś „innym” świecie i dostosować się do tej „inności”.

Dostosowanie się owo nie jest pozbawione pewnego cierpienia, zwłaszcza jeśli człowiek trwa w swoim upartym usiłowaniu wejścia w kontakt z pozostającymi na ziemi, (najniższe „duchy” z seansów spirytystycznych) lub w wywieraniu jakiegokolwiek wpływu na przedmioty fizycznego świata. Nieraz potrzeba dużych wysiłków jednej z istot, których zastępy zajmują się pomaganiem takim „zdezorientowanym”, aby „przekonać” ich, że warunki się zmieniły, że nie znajdują się już na ziemi i im prędzej odwrócą od niej swą uwagę, tym lepiej dla nich (dlatego seanse spirytystyczne są szkodliwe).

Można tu wspomnieć o ciekawym lecz smutnym stanie pośmiertnym tych, którzy nie wierzyli w żadne istnienie po za fizycznym i byli zupełnie przekonani, że świadomość ich zginie wraz ze śmiercią. Ponieważ myśl i uczucia wywołują o wiele konkretniejsze skutki aniżeli nam się zdaje – jesteśmy otoczeni tym, o czym myślimy, wyobraźnia stwarza wokół to, co wyobraża – ludzie ci stwarzają sami własne nieistnienie, czyli trwają w upartym przekonaniu, że nic z ich świadomości nie przetrwa i nie ożyje, i istotnie ją usypiają; zanim wysiłki takich pomocników, których jest legion, nie potrafią obudzić jakiegoś ruchu w ich zamkniętej w wyobrażonej otoczce świadomości; a trwa to nieraz długo.

Bo prawie natychmiast po „wyprowadzeniu” się z ciała fizycznego, po fali uczucia ulgi i radosnej swobody, po spojrzeniu świadomym na krewnych i przyjaciół – o ile ci nie rozpaczają zanadto i nie chcą gwałtownie przywołać świadomości z powrotem w ciało zakłócając tym spokój i jasność, która w niej na chwilę powstaje – następuje zazwyczaj cichy stan, jakby snu, zanim się człowiek nie zbudzi w tym nowym świecie. Otóż ów „materialista”, który jest przekonany, że nie ma żadnego istnienia po śmierci fizycznego ciała, poprostu nie budzi się, a trwa dalej w tym stanie uśpienia; a to się równa zatrzymaniu normalnego rozwoju.

W ogóle niebezpiecznie jest wyobrażać sobie jakieś określone stany, obrazy czy otoczenia, które mamy rzekomo spotkać po śmierci, bo właśnie to się spełnia. Trudno opisać ilość niepotrzebnego cierpienia jakie okrutne, przesądne, bezsensowne pojęcia piekła przyczyniły milionom ludzi „po tamtej stronie”. Człowiek nietylko sam staje się tym o czym myśli, ale myślą i wyobraźnią stwarza swoje otoczenie, bo myśli jego stają się wyraźnymi kształtami w materii subtelniejszej, którą poznaje dopiero po przejściu bramy śmierci.

Wkrótce po zrzuceniu ciała fizycznego zachodzi w astralnym przewodniku pewne przegrupowanie cząstek, (o ile ktoś, na o wiele wyższym stopniu rozwoju, własnoręcznie się temu nie przeciwstawi) a mianowicie najgrubsze, najcięższe, o najpowolniejszych wibracjach układają się w najzwenętrzniejszą powierzchnię owoidu, a dalej ku wnętrzu jego idą kolejno coraz lżejsze i subtelniejsze, aż do najsubtelniejszych w samym centrze. Innymi słowy świadomość znajduje się teraz zamknięta w siedmiowarstwową powłokę, której każda warstwa, tak długo ją zamyka, aż się energia ożywiająca ją – a wprowadzona w ruch przez człowieka za życia na ziemi – nie „wyżyje się”, czyli nie wyczerpie, a więc i warstwa odpowiedniej materii nie rozproszy się. To koncentryczne przegrupowanie materii ciała astralnego odpowiada z matematyczną dokładnością ilości różnych rodzajów namiętności, pożądań i wzruszeń jakie człowiek żywił za życia na ziemi. Budzi się w tej sferze astralnego świata, do której powinowactwem swych namiętnościowych wibracji należy; a koncentryczny układ przegrupowanych cząstek wedle ich „ciężaru”, określa jak długo będzie musiał w każdej z tych sfer czy regionów przebywać.

W najniższej, pod wielu względami odpowiadającej pojęciom „piekła”, znajdują się tylko ludzie o instynktach zbrodniczych, pełni nienawiści i okrucieństwa; mordercy, złoczyńcy wszelkiego rodzaju, o najdzikszych i najbardziej wyrafinowanych namiętnościach i żądzach; pozostają tam w stanie dużego cierpienia, aż nim się te nagromadzone za życia na ziemi, straszne, niszczące energie nie wyczerpią.

Nie znaczy to, że się ich na zawsze pozbywa, pozostają one jako wyraźne tendencje i skłonności, które ożyją przy jego powrocie w następną inkarnację, czyli zostaną wplecione niejako w jego „wrodzoną” natrę i wyrażą się w budowie przyszłego astralnego narzędzia. Jednak i pamięć przebytych z ich powodu cierpień, w owym czasowym „piekle” pozostawi swój ślad w psychice i da początek temu, co z czasem rozwinie się w tzw. „głos sumienia”. Ale jakkolwiek cierpienie ich może być ostre – nie trwa w nieskończoność, przychodzi i dla nich czas, gdy najzewnętrzniejsza warstwa zamykającej ich „skorupy” rozprasza się, a wówczas znajdują się w strefie odrobinę jaśniejszej.

Owa mroczna sfera i stany w niej przeżywane przez owe najniższe jednostki ludzkie – może nawet nie zasługujące na miano człowieka (hitlerowcy np. i wszyscy na takim jak oni poziomie) odpowiada w znacznej mierze opisom piekła wedle wizji świętych różnych religii, (jak i Dantego); oczywiście bez fizycznego ognia, smoły i diabłów; ale postacie umęczonych, czy zamordowanych przez okrutników ofiar, mogą się im wydawać szatanami zemsty; a kłębiące się wciąż w nich samych najdziksze żądze, mogą być porównywalne do pożerczych płomini.

Należy jednak pamiętać, że nawet w najpotworniejszych zbrodniarzach iskra nieśmiertelna trwa i choćby nawet dane życie było dla duszy niemal stracone, inne mogą wyrównywać tą „stratę czasu” i naprawić błędy, a wyrabiający się z czasem „głos sumienia” może wziąść górę. Bo wszak i każdy dobry czyn, myśl czy uczucie – a któż może wiedzieć czy nawet najniższy złoczyńca nie miał takich paru w życiu? czy nie kochał żony, dziecka, rodziców, - znajdą także swój skutek, i wyrażą się w znacznie wyższej strefie, pozostawiając także ślad w skłonności do tych uczuć w przyszłości.

W tej samej, mrocznej strefie znajdują się też, choć nieraz na krótko, samobójcy; oczywiście zależy to od pobudki, która człowieka pchnęła do tego czynu, czasem jest nią tchórzostwo, chęć ucieczki od spodziewanych ciężkich rezultatów jakiejś uprzedniej zbrodni, albo lekkomyślości; czasem tęsknota za kimś ukochanym kto odszedł, a kogo spodziewa się człowiek spotkać po „tamtej stronie”; albo też znużenie i niechęć do dalszej walki życiowej, chęć „skończenia ze wszystkim”. W każdym z tych wypadków spotyka człowieka zawód, bo w tym samym stanie psychicznym cierpienia, niepokoju albo rozpaczy, znajduje się w tej drugiej sferze, a spodziewane spotkanie nie może się spełnić, bo człowiek, który umarł naturalną śmiercią przebywa w innym, o wiele wyższym stanie, więc i strefie; a ten kto liczył, że skończy ze sobą, przekonywa się z przerażeniem, że nie da się siebie zabić, że poprostu nie można umrzeć!

Czas danej inkarnacji został wyznaczony wedle przygotowanego przez Duszę, a dostosowanego do jej dobra losu i przeznaczeniu temu nie może się przeciwstawić osobowa samowola; podobne to jest do sytuacji jaka wynikłaby, gdyby ręka czy noga zbuntowała się przeciwko całemu organizmowi i nie chcąc służyć mu dłużej dokonała samoamputacji; organizm tak okaleczony żyłby dalej, ale o ileż byłoby jego życie trudniejsze, dzięki tej bezprzykładowej samowoli jednego członka!

Tak samo niedopuszczalne jest dla naszej małej fizycznej świadomości pobieranie decyzji w tym, co dotyczy Duszy i jej postanowienia, płynącego z głębokiego pojmowania, a matematycznego obliczenia jej pomocników. Toteż zamiast polepszenia swego stanu samobójca pogarsza go tylko, cierpienie jego się wzmaga zwłaszcza, że wkrótce poznaje swój błąd, a nie może go już naprawić; poza tym jest świadom potwornej brzydoty i ohydy otoczenia, wśród którego jest zmuszony przebywać. I w tym wypadku pomoc istot rozumniejszych, a czasem modlitwy i miłość pozostałych na ziemi, mogą znacznie pomóc. Ale jeśli choćby w podświadomym danego człowieka tkwiło wspomnienie zasłyszanych chrześcijańskich nauk, że samobójcy idą do piekła, może to znów ten smutny stan przedłużyć.

Niemal równie ciężki jest stan ludzi traconych „legalnie” na podstawie wyroków śmierci. Gdyby rządy różnych narodów znały choć trochę dorobek badań nad skutkami tego okrutnego prawa, napewno zniesiono by wszędzie karę śmierci; bowiem pomijając nawet jej całkowitą amoralność z punktu wszelkiej religijnej czy świeckiej etyki, jest ona z punktu społeczeństwa karą całkowicie niepraktyczną, gdyż zamiast zmniejszać przestępczość, powiększa ją, co zostało dowiedzione przez szereg statystyk. Dzieje się tak dlatego, że człowiek umiera nieraz w straszliwym stanie przerażenia z nienawiścią i żądzą zemsty, które trwają nadal, gdy ciało ginie; i automatycznie stara się na pozostałych przy życiu ludziach tą zemstę wywrzeć, „kusząc” podatniejsze jednostki, wywierając na nie z całym żarem nienawiści silny wpływ, niemal pchając je także ku zbrodni lub samobójstwa. Toteż warto robić wszelkie możliwe wysiłki, aby karę śmierci zniesiono, a także starać sie kierować myśl skazańców zawczasu, gdy jeszcze są w więzieniu, ku innym sferom, pomagając zrozumieć prawo przyczyny i skutku (Karmy) i wzbudzać uczucia, jak najbardziej od nienawiści i zemsty za wyrok odległe. Oczywiście i po „tamtej stronie” pewna pomoc może być dana, nieraz z dobrym skutkiem.

Wreszcie trzecią kategorią ludzi, których świadome przebywanie w najniższej sferze Kamaloki (piekło-czyśćca) stanowią ci, którzy giną gwałtowną śmiercią w jakimś wypadku, zwłaszcza, jeśli mu towarzyszy przerażenie, jak np. wśród pożaru, w powodzi, podczas zderzenia pociągów itp. Ale nawet, gdy nagłej śmierci nie towarzyszy straszny lęk, sama nagłość jej, zastający zwykle człowieka w pełni zaangażowania w jakąś pracę, stwarza niepożądany stan i otoczenie, bo skłonny jest powtarzać dalej automatycznie zaczętą działalność, nie rozumiejąc przez dłuższy czas co się stało. Ale w tym wypadku, wszystko zależy od sfery w jakiej myślą i uczuciem dany człowiek podczas życia, jak i w chwili wypadku przebywał.

Ciekawą i zastanawiającą pod tym względem jest relacja jednego z filozofów amerykańskich, o swoim prawie śmiertelnym wypadku i przeżyciu jakie przeszedł oraz wniosku jakie zeń wyciągnął, że: jakie jest wewnętrzne życie człowieka, taką jest jego śmierć, czyli unosi ze sobą na „tamtą stronę” treść swego wewnętrznego życia, zwłaszcza stan, w którym go śmierć zastaje.

Tak oto opowiada swe doświadczenie: „Szedłem po szerokiej drodze w jasne zimne popołudnie; wiatr był silny, więc nastawiłem kołnierz i wszelkie dochodzące odgłosy zlewały się w moich uszach z szumem wiatru. Szedłem po stronie drogi naprzeciw pędzących pojazdów, ale w chwili, gdy przechodziłem na drugą stronę drogi, aby zawrócić i wracać, żadnego nie było widać. Byłem pogrążony w głębokich filozoficznych dociekaniach, pochłonięty całkowicie pewnym zagadnieniem w nastroju radości i spokoju. Nie zdawałem sobie zupełnie sprawy, że w chwili, gdy miałem wejść na chodnik, z tyłu zbliżał się szybko samochód. Kierowca usnął przy kierownicy i samochód jechał wzdłuż nieodpowiedniej strony drogi, gdzie się właśnie znajdowałem, nie mając najmniejszego pojęcia o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Nagle samochód w pełnym biegu uderzył mnie z tyłu, powalił, przejechał przez nogi, uderzając w głowę i ramiona, i odrzucając na kilkanaście stóp w przód, na chodnik ciało, które zdawało się już martwe.

„Mogę kategorycznie stwierdzić że nie odczułem ani bólu, ani najlżejszego przerażenia, w ogóle żadnego przykrego uczucia. Cała moja uwaga była w chwili wypadku skupiona na zagadnieniu piękna, a świadomość była pełna radosnego zachwytu; nagle poczułem tylko, iż zdaje się ona niepomiernie rozszerzać i pogrążać w świat bezgranicznego ogromu, nie tracąc przy tym wcale poczucia swej indywidualności. To pogrążenie dokonało się w jednym mgnieniu oka, bez chwili poprzedzającego zamroczenia czy ciemni, po prostu jakbym nagle wszedł w bezbrzeżny ocean pulsującej życiem światłości, promieniejącej i żywej bezgranicznym pięknem, i miłością. Najciekawszym było nieprzerwane poczucie tożsamości mej indywidualnej istoty oraz najprostsze stwierdzenie, bez zdumienia, ani niepokoju, że przecież śmierci nie ma, że jest ona złudzeniem. Byłem żywy i świadomy w bezgranicznej światłości, widziałem jak spływają z niej jaśniejące promienie w niższy świat; a w sferze fizycznej każda żywa istota zdawała się skupiać w sobie te promienie; każdy kwiat, drzewo, zwierzę i człowiek w swym fizycznym organizmie, zdawał się być wśród fizycznej materii, jakby kotwicą dla tych promieni lub punktem zestrzelającym tą świetlistą energię, która wciąż spływa i przemienia wszystko wokoło.

„Choć świadomość moja przez cały czas nieprzytomności w szpitalu, była wciąż skupiona w tych górnych sferach, od czasu do czasu mogłem własnowolnie ją skierować w mózg fizyczny, aby dać jakiś znak życia bliskim, i zaraz znów powrócić świadomością w ten wspaniały, bezgraniczny świat. Oczywiście ośrodek mej świadomości znajdował się tam, w „górze” podczas wypadku i cała uwaga tam była skupiona, a nie w fizycznym mózgu na ziemi, więc trwało to i nadal, gdy połamane ciało leżało na łóżku. Ale wkrótce zrozumiałem, że nie można stale przebywać w tej dziedzinie, zanim nie rozszerzy się całej swej świadomości, łącząc ją z ogromem świadomości kosmicznej; oraz, że wszystkie nasze żywoty właśnie to mają na celu; że cała szkoła życia, a raczej ich długiego szeregu, do tego zmierza – do odkrycia w nas samych tych wyższych wymiarów i kosmicznej świadomości.

„Po pewnym czasie intensywnego życia w tym świecie, coś się zmieniło w tajemniczej głębi mej świadomości, zaistniała jakby chęć ponownych doświadczeń poprzez zmysły, a w ślad za nią, jakby świadomy i dobrowolny powrót do życia na ziemi; wraz z tym ośrodek uwagi świadomości powracał w dół, aż znów się skupił w fizycznym mózgu, choć jednocześnie odczuwałem wyraźnie jego ograniczenie. Przez wiele tygodni byłem przykuty do łóżka, ale pozostała mi zdolność wznoszenia się do tej sfery dobrowolnie w głębokich skupieniach medytacyjnych, z całą świadomością jednak, że teraz – odwrotnie do tego, co przeżywałem przez tamte dni po wypadku - „tu”, w fizycznym mózgu, na ziemi, jest centrum mego życia, a „tam” się wznoszę, by znów „tutaj” powrócić.

„Gdy analizowałem potem to swoje niezwykłe przeżycie, zdało mi się, że przedstawiało ono w skrócie cały cykl życia duszy, swobodnej w swojej własnej sferze jak tylko została uwolniona nagle od fizycznego ciała; a potem jej wyraźną chęć „powrotu”, jakby zdając sobie sprawę, że na stałe w tym górnym, własnym świecie jeszcze nie zdoła przebywać. Zrozumiałem również, że złudzenia nasze pochodzą przeważnie z utożsamiania się z ciałem fizycznym, ograniczając zdobywanie poznania do fizycznych zmysłów; a przecież wiemy już, że można poznawać przez wchodzenie w „magnetyczny” kontakt; przez odpowiedni wibracyjny stosunek czy też, jak nieraz się to nazywa, przez odpowiednie „zharmonizowanie”, jednoczenie się, łączenie świadomości, miłość.

„Stało mi się zupełnie jasne że świadomość uwolniona z fizycznego ciała jest przyciągnięta magnetycznie do tej sfery w której za życia w fizycznym organizmie przeważnie się skupiała. Było również dla mnie znamienne, że przy wypadku moim nie odczułem żadnego wstrząsu ani bólu, jakby świadomość moja ani przez sekundę nie przebywała przy fizycznym, pogruchotanym ciele. Z całego tego przeżycia pozostało mi przeświadczenie że nie jestem wyjątkiem, że świadomość człowieka zawsze skupia się po śmierci tam, gdzie wpierw bywała najczęściej ześrodkowana”.

Autor tej ciekawej relacji wspomina również o głębokim tybetańskim pojęciu filozoficznym, iż można i trzeba posiąść „wiedzę umierania”, i odpowiednio do tego przygotować się, do przejścia w następną sferę; takie przygotowanie jest często praktykowane.

Całe to opowiadanie jest dla mnie nie tylko autentyczne, bo znam dobrze autora, jego trzeźwość i wiarygodność; ale i dlatego, że wiem, iż pozostała mu i po wyzdrowieniu i do dziś dnia, czyli w kilkanaście lat po wypadku, zdolność wznoszenia się do tej samej sfery w godziny głębokich rozmyślań.

A jeśli weźmiemy jego relację za wiarygodne świadectwo, nie powinno nas dziwić, że kto żywi nienawiść za życia tutaj, ten przez nią i wszelkie jej straszne przejawy będzie otoczony i po „tamtej stronie”; a kto trawi tu życie na zmysłowych uciechach i materialnych przyjemnościach, ten i dalej będzie ich pożądał i będzie cierpiał z powodu ich braku; a kto otacza się tu małostkami, pospolitością, egoizmem, ten i tam będzie w nich na długo zamknięty i uwięziony.

Ludzie przeciętni – a trzeba pamiętać, że wielcy zbrodniarze, jak i samobójcy są stosunkowo rzadcy – którzy nie żywili żadnych morderczych i nienawistnych namiętności, ale wszystkie swe zainteresowania skupiali na najpospolitszych ziemskich sprawach, wyzyskiwali innych, byli chciwi i egoistyczni, i po za drobną ilością dobroci i rodzinnych przywiązań, nie mieli wiele lepszych wzruszeń i niemal żadnych idealistycznych myśli, jednym słowem przyziemni materialiści – ale przypuszczający, że jakieś życie po śmierci fizycznego ciała może przecież istnieć – znajdują się w następnej, nieco jaśniejszej strefie, która zawiera astralne jakby „sobowtóry” wszystkich fizycznych istot i przedmiotów, tak, iż świat ten wygląda niemal jak odbicie ziemskiego. Znaczna większość naszej ludzkości „zatrzymuje” się tu dość długo, i „wyżywa” swoje pożądanie uciech, przyziemne pragnienia i namiętności. Trzeba bowiem zrozumieć, że zadanie tego okresu polega na wyplątaniu energii namiętności i wzruszeń z utożsamiania się z ciałem i przywierania do fizycznych przedmiotów; przekonanie się niejako, że istnieje coś od nich wyższego i ciekawszego. Czas potrzebny na takie wyplątanie się z niższych namiętności i egoistycznych pożądań, zależy od stopnia rozwoju i indywidualnego charakteru jednostki.

Najczęściej gonią one w tej sferze dość długo za wrażeniami zmysłów i zaspakajaniem pragnień; a że nie mogą tego osiągnąć, są niespokojne, niezadowolone, nieraz nieszczęśliwe, aż nim się nie oswobodzą od znacznej części swych pożądań fizycznych przyjemności i rozkoszy. Niejedna niepotrzebnie przedłuża swój pobyt w tej strefie powtarzając komunikowanie się z tzw. mediami, gdyż znajduje przyjemność w takich „gawędach” z ludźmi na ziemi. Większość przeciętnych komunikatów spirytystycznych z tej sfery pochodzi; są one na poziomie małostkowych plotek, lub najgłupszych salonowych rozmów, a czasem banalnego moralizowania, gdyż inteligencją te „duchy” nie grzeszą. Z tej sfery również pochodzą innego rodzaju kontakty z ludźmi na ziemi, jak ukazywanie się wrażliwym osobom, albo usiłowanie wpłynięcia na kogoś z bliskich, aby dopełnił jakiegoś, nie wykonanego zobowiązania lub wyrównał jakiś, i tam męczący świadomość człowieka dług itp.

Znacznie wyżej w tej sferze znajduje się urzeczywistnienie konkretnych marzeń o raju, na kształt ziemskich wspaniałych ogrodów, najpiękniejszych gajów czy klejnotami wysadzanych przybytków o jakich marzą prymitywni wierni różnych religii. Strefa ta jest już świetlista i radosna; tu prosty muzułmanin znajdzie swój raj z hurysami, Czerwony Indianin, świetne łowieckie zagajniki i prerie; a nieoświecony chrześcijanin swe wizje świętych i aniołów; bowiem tu właśnie, może najjaskrawiej konkretyzują się wyobrażenia, jakie sobie ludzie tworzą za życia o owych pośmiertnych szczęśliwościach rajskich. Nie tylko zresztą religijne pojęcia znajdują tutaj swój wyraz, bo i zapalony a egoistyczny reformator czy przedstawiciel dobroczynności, który wiele dobrego robił, ale dla własnej sławy i pochwały, znajdują tutaj swój „raj”; oddają się swej ulubionej pracy, rzucają się w różne aktywności, odtwarzając w materii lotnej tej strefy wszystkie swoje ulubione marzenia i „sny o potędze”. Politycy, mężowie stanu, społecznicy, którzy nigdy nie zaprzątali sobie głowy wyższymi religijnymi czy duchowymi sprawami, a trwają w zainteresowaniu pozostawioną na ziemi działalnością, starają się coś podobnego stworzyć sobie i w tym, dość ciasnym, konkretnym raju.

Wielu i stąd „odwraca się” jeszcze ku ziemi i szuka odpowiednich osób, aby im przekazywać najczęściej bardzo górnolotnym stylem wyrażane „posłania”; a chcąc im nadać więcej wagi i autorytetu mienią się różnymi znanymi z historii imionami, a nawet świętymi i bohaterami. Znam sama parę wrażliwych, uczuciowych, ale bardzo łatwowiernych osób, które twierdzą z całym przekonaniem, że są w kontakcie ze św. Cecylią, a nawet Matką Boską, a misją ich jest przekazywanie od nich „instrukcji”. Podziwiałam naprawdę pychę, a zarazem naiwność tych skądinąd inteligentnych ludzi.

Chodzi o zrozumienie zasady, że w tym „raju” każdy przeciętny i w dużej mierze egoistyczny człowiek znajdzie to, co mu daje, według jego własnego mniemania zadowolenie i szczęście; to o czym marzył, to co sobie jako najmilsze wyobrażał. Zapalony badacz – wszystkie narzędzia i księgi potrzebne do badań; człowiek nauki w dość ciasnym intelektualnym zakresie – wielkie biblioteki i zbiory; malarz wspaniałe muzea; każdy artysta może urzeczywistnić tu swoje marzenia i niewypowiedziane za życia, lecz niezbyt wzniosłe idee. Każdy widzi tu również swoich najbliższych i ukochanych; czy to tych, którzy pozostali na ziemi, czy tych którzy przed nim odeszli, ale trzeba to dobrze zrozumieć: widzi własne o drogich mu osobach pojęcia, jakby „fotografie” jaka się w ich wyobraźni i myśli tworzy; czyli ta sama osoba zgoła inaczej będzie wyglądała np. w pojęciu jej matki, a inaczej męża czy kochanka, przyjaciela lub sąsiada.

Czyli w najwyższym regionie tej astralnej sfery „raju” wyrażają się konkretne myśli, szczere, ale egoistyczne przywiązania, niezbyt wysokie marzenia, nie widzi się „rzeczy samych w sobie”, czyli dusz innych, choćby najbardziej kochanych ludzi, takimi jakimi w istocie są; to bezpośrednie widzenie w całej prawdzie, w duchowej jasności, należy do znacznie wyższego „nieba” właściwej ojczyzny, w wyższych strefach następnego planu.

Większość istot przebywająca w tym najwyższym regionie sfery astralnej czuje, że są przed nimi jakieś szersze możliwości; a te, które tak lubią „grać rolę” nauczycieli wobec pozostałych na ziemi, a mediumicznych i łatwowiernych ludzi, czują instynktownie, że wszelki kontakt z ziemią się przerwie, więc warto teraz się wysilać, by jak najwięcej z nią „gadać”. Ale choć niektórzy mogą w tej sferze przebywać dość długo, wszakże dla każdego nadchodzi czas, gdy cały zapas ich uczuć-myśli, odpowiadających tej sferze wyczerpuje się i mogą przejść w następną.

Świadomość wycofuje się wówczas ze swego astralnego narzędzia w nieco podobny sposób, jak to uczyniła wpierw z fizycznym, opuszczając obłok astralnej materii, którego używała jako swego narzędzia; a szczątki jego powoli rozpraszają się i łączą z oceanem tejże materii wokoło.

A sama popada w cichy, krótki sen z którego budzi ją uczucie niezmiernej radości, swobody, siły, intensywności życia i szczęścia jakiego jeszcze nigdy nie zaznała; gdyż w tej sferze, zwanej Dewakan, czyli „świat bogów”, nie ma już ani odrobiny cierpienia, wszelkie jest zapomniane, nie ma do przybywających tu istot żadnego dostępu, jak i własne ich wady, usterki, słabości czy przewiny, a nawet o nich pamięć. To wszystko zostało już „wyżyte” w poprzedniej, astralnej sferze; a tylko tendencje, jako możliwości wibracyjne zostały zmagazynowane w utajonym potencjalnym stanie, w atomie permanentnym, który dusza ze sobą zabiera, jako podstawę do zbudowania w następnym na ziemi wcieleniu, nowego astralnego narzędzia.

Najbardziej znamienną cecha tego „nieba” jest praca przetwarzania dorobku życiowego – myśli, uczuć, doświadczeń – w stałe cechy charakteru, w zdolności, cnoty i władze psychiczne. Jest to okres intensywnej pracy wewnętrznej, wplatania w charakter sumy wszystkich pozytywnych i twórczych myślo-uczyć. Jeśli ktoś za życia na ziemi kochał muzykę, a miał sam niewiele sposobności do nauki, ale korzystał z każdej, która sie nadarzyła, wciąż marząc o talencie i nie przestając doń „tęsknić”, tu przetworzy te wszystkie marzenia, przetworzy w zdolności i w następnym życiu na ziemi może istotnie zostać wielkim muzykiem. To samo stosuje się do wszelkich, choćby przelotnych, albo okresowych dobrych, ładnych impulsów, szczodrości, współczucia, życzliwości oraz wnikliwej głębszej myśli czy impetu do czynu, do użytecznej, choćby w części nie egoistycznej działalności, itp.

Niemal każdy człowiek, jakkolwiek mógł mieć liczne upadki, przywary, a nawet złoczyny w swym życiu na ziemi, jeśli choć parę razy w życiu uniósł się dobrocią, współczuciem, zapałem dla czegoś pięknego, choćby to była chwila, małe ziarenko dobra, co kiedyś dopiero ma wydać bogaty plon, dociera do tej sfery radości i właśnie jako wrodzona skłonność dla przyszłego życia; tutaj człowiek o nieco wyższym typie, zbiera plon swoich dobrych czynów, miłosierdzia, życzliwości, serdecznej dobroci – a przecież każdy w swym życiu musiał je mieć, przynajmniej dla nielicznej garstki przyjaciół. Więc, choćby króciutki czas przebywa w tej sferze.

Można więc powiedzieć, że nic z lepszych impulsów, subtelniejszych wzruszeń, głębszych uczuć nie ginie; każdy kwiat uczucia ludzkiego, choćby się zrodził w otoczeniu śmietniska – małych, niskich, egoistycznych, a nawet podłych namiętności i żądz, nie jest przez nie zgnieciony, ani nawet w najmniejszej mierze „skalany”; każda energia działa we właściwej sferze; można więc powiedzieć że każdy człowiek choćby na jedną chwilę do tej dziedziny szczęścia powraca i pod działaniem jej słonecznej atmosfery, nie tylko „odpoczywa” po trudach i znużeniu niższych form bytowania, i nabiera niejako „oddechu” na dalszą drogę – wkrótce kierującą się znów w dół – ale wszystko istotne, lepsze, bardziej twórcze w nim jest zasilone, gotowe do zakiełkowania i puszczenia choćby jeszcze słabych pędów, w następnym życiu na ziemi.

Trzeba zaznaczyć, że życie w stanie szczęścia w Dewakanie jest nieskończenie intensywniejsze, żywsze i bliższe prawdy rzeczy każdej, aniżeli to, co znamy na ziemi; twórczość myślowo-uczuciowa jest szybsza, nie zna tu tych utrudnień w wyrażaniu się, jakie nam nieraz ciążą na ziemi; jesteśmy tam z tymi których kochamy, o ileż bliżej i prawdziwiej, a bez możliwości nieporozumień i oddaleń; widzimy znacznie więcej z ich prawdziwej natury, ich duszy, a węzły nieprzemijających uczuć zadzierzgają się tam coraz silniej, by przechodzić z jednego żywota na ziemi w drugi, wciąż rosnąc w głębię i wielostonność.

Im więcej człowiek za życia na ziemi nagromadził twórczości myśli, głębi uczuć, zapału dla piękna, subtelnych wzruszeń, im wyżej sięgał myślą odkrywczą i nieustraszoną, im żywiej czuł związek ze swym narodem, a życzliwość dla każdego człowieka i dobroć dla wszelkiej żywej istoty, tym owo „niebo” jego będzie bogatsze, bardziej wspaniałe i porywające. Ale nie ma tam nic z kwietyzmu, z biernego czy sentymentalnego uniesienia, z jednostajności zadowolenia z siebie itp.

Ten świat, jak i astralny ma parę poddziałów o różniących się znacznie „mieszkańcach”; w pierwszej jego strefie znajduje się wiele dobrych, szczerych, nie egoistycznych ludzi, o pięknych dążeniach i aspiracjach; w drugiej wielu głęboko religijnych o czystych uczuciach uwielbienia i czci dla Najwyższego, w jakiejkolwiek postaci; czyli ludzi wszystkich religii i wyznań, nie pozbawieni jeszcze pewnej ciasnoty pojęć, nie umiejący jeszcze wznieść się do wzniosłych filozoficznych i metafizycznych koncepcji, ani najszerszego rozumienia, że nie w jednej religii można znaleźć „zbawienie”, ale w każdej; jednak nie żywiący fanatycznej niechęci do „innowierców”, i pełni szczerej, głębokiej i czystej miłości dla jakiejkolwiek postaci Boga, którą czuli jako najbliższą. Ci mają niebo pełne ekstazy i strzelistych uniesień, ale i rozwijają także i wszelkie inne cechy, których zalążki mogli w życiu na ziemi przejawiać, czyli wracają w następne wcielenie nie tylko silniejsi w miłości i samooddaniu, ale i szersi w pojęciach i rozumieniu, wyrozumialsi i energiczniejsi w dobrych czynach.

Trzeci region to miejsce „pobytu” bezinteresownych pracowników, poświęcających swe życie służeniu ludziom nie myśląc o sobie, ani o nagrodzie, nawet w „niebie”; nie jest ważne czy byli „wierzący” czy nie, ważną jest bezinteresowność, czystość intencji, szerokie rozumienie człowieka i odczuwanie jego potrzeb, tęsknot, nędzy, walki i wyciąganie doń wszędzie, gdzie się da pomocnej ręki, a serdecznym słowem, dodającym otuchy uśmiechem. Jest rzeczą znamienną, że nie pojęcia, ani wyznania wiary prowadzą do „nieba” tak wysokiego, a właśnie czystość, prostota i bezinteresowne służenie człowiekowi. A ludzi takich jest dziś na świecie nie mało. Zażywają w tej strefie Dewakanu cichej, głębokiej radości, tworzą twórcze plany, ogarniają myślą szerokie horyzonty i tak samo jak poprzedni wracają w następne wcielenie o wiele silniejsi, z większą zdolnością realizacji wszelkich zamierzeń, z gorętszym sercem i większą szerokością myśli i pojęć.

Ale najbardziej różnorodną i najciekawszą zdaje się być grupa, może nie nazbyt liczna, ale jakże bogata, w następnym niebie; tu najwięksi artyści, geniusze w muzyce, literaturze, sztukach plastycznych czy architekturze, znajdują swobodny wyraz dla swych natchnień; a materia, w której teraz z najwyższą rozkoszą tworzą, jest giętka i świetlista, o najbogatszych, niemożliwych nawet do wyobrażenia na ziemi, odcieniach barw, o najsubtelniejszych, a zarazem najpotężniejszych tonach i dźwiękach; nie ma tu oporu brył marmuru czy kamienia, nie ma trudu we wznoszeniu strzelistych katedr i posągów.

Tu harmonie największych muzyków jakich znamy na ziemi są po stokroć zwiększone; Bethoven – nie pamiętający już o swojej ziemskiej głuchocie – tworzy najwspanialsze dzieła; tu się rozumie co znaczy „harmonia sfer”, bo słyszy się mowę – wibracje ukrytego „Słowa” - rzeczy każdej, od atomu do planety. A wielcy uczeni, którzy wznosili się za życia na ziemi ponad analityczny intelekt w dziedzinę natchnień i wielkich wizji twórczych – jak Kopernik, Newton, czy Einstein – poznają dalsze, dotąd ukryte tajniki przyrody, badają roztaczające się przed ich oczyma systemy światów, z ich ukrytym mechanizmem w całym jego skomplikowaniu i niezmiernej subtelności; ci powrócą na ziemię jako genialni odkrywcy, o nieomylnej intuicji i dalekowidztwie. A wielcy filozofowie i metafizycy - jak twórcy filozofii Indii, czy Grecji lub najtęższej europejskiej, jak Hegel, Kant, Spinoza – poznają teraz własnym doznaniem to, do czego się wznosili w głębokich dociekaniach, znajdują potwierdzenia lub dopełnienia swoich najszerszych syntez; wnikają poza zasłonę form i pojęć, wchodzą w tą najgłębszą filozofię, która ogni była odsłaniana tylko w wielkich Misteriach, po szeregu moralnych prób, a nosiła miano Wiedzy Ezoterycznej. A ludzie, którzy za życia ukochali któregoś z tych wielkich filozofów, albo nauczycieli religijnych, wchodzą tutaj w bezpośredni z nimi kontakt, i dalej poznają to, co pragnęli pojąć i do dna zrozumieć za życia na ziemi. Będą sami światłonościami i przewodnikami ludzkości gdy do niej powrócą. Więc najgłębsze bezosobiste pragnienia i tęsknoty znajdują tutaj swój wyraz i swoje wypełnienie.

Czas spędzony w tej wysokiej dziedzinie zależy od ilości zgromadzonego za życia na ziemi „materiału”, który do tej sfery należy – wzniosłej myśli, wielkich uczuć. A gdy wszystek zostanie wyczerpany, gdy do ostatniej kropli wychylą przygotowaną przez siebie czarę i zamienią w zdolności, i talenty cały zgromadzony, o nieprzemijającej, wieczystej wartości materiał; czyli to, co należy do nieśmiertelnej duszy w jej własnym świecie i może znaleźć wyraz tylko w jej narzędziu zwanym ciałem przyczynowym (bo w nim się gromadzą i utrwalają skutki wszystkich tworzonych w wędrówce poprzez trzy światy przyczyn) świadomość wycofuje się ze swego myślowego, podobnie jak wpierw z astralnego przewodnika – i choćby na chwilę dotyka, czy też się pogrąża w Świat Ducha ojczyznę ludzkiej Duszy, dziedzinę boskiej myśli, wyższo-mentalny świat, zwany wedle ksiąg induskich „A-rupa”, to znaczy „ponad czy poza formą”.

Nazwa do zrozumienia dość trudna, wymaga omówienia. W czterech poprzednich regionach świata mentalnego, zwanych Rupa, czyli posiadający kształt, o których częściach tworzących „niebo” mówiliśmy, każda energia wypromieniowana przez świadomość, czy to działającą w tej sferze, tworzy w otaczającej ją materii mentalnej, wyraziste, jasno obrysowane formy, zwane myślo-kształtami; są one podobne do „żywych”, dłużej lub krócej trwających, „istot”. A w trzech regionach wyższych – sferze Ducha, a ojczyźnie duszy – energie świadomości wyrażają się raczej w falach, prądach, strumieniach barwo-dźwięków, a nie w konkretnych kształtach; jest to świat platońskich, Idei, tzw. archetypów, syntetycznych, podstawowych abstrakcyjnych idei. Oczywiście w naszym obecnym rozwoju ludzkości nieliczni są ludzie, którzy za życia wiele odpowiedniego tej sferze materiału mogli zgromadzić.

Świat ten należy już do sfery ducha, który jest właściwą nieśmiertelną istotą Człowieka; a że jest on „na obraz i podobieństwo” Wszechducha, a ściślej mówiąc jest Jego żywą cząstką, więc jest również trójcą w jedności; wedle indyjskiej filozofii – Sat Czit-Ananda, czyli: Byt, Świadomość-myśl, Szczęśliwość; i stanowi nieprzemijającą indywidualność człowieka. Z nim łączy się dusza ludzka w tej wysokiej sferze, jeśli jest dość „obudzona” dla jej wibracji, jeśli człowiek już na ziemi znał dobrze najwyższą abstrakcyjną myśl i najszerszą bezosobistą miłość, które tylko w należącym do tej sfery narzędziu ciele „przyczynowym” - mogą się wyrazić.

Swobodnie działają w tej sferze najwięksi myśliciele, Jogowie i ich uczniowie oraz prawdziwi tj. wszechstronni święci (wielu jest „kanonizowanych” w różnych kościołach, którzy jeszcze do takiej świętości nie doszli) i ci z wielkich artystów, którzy poza całą bogatą działalnością uczuciowo-myślową, wznosili się do pojęć najszerszych, do archetypów, pierwowzorów wszystkiego, co istnieje; czyli którzy byli już w kontakcie z Myślą najwyższego Twórcy; wielcy Riszi, jasnowidze, i Mistrzowie mądrości i współczucia.

Ale i o wiele „młodsze” dusze dosięgają tej sfery i choćby w krótkich chwilach w niej spędzonych, przeżywają najcenniejszą dla całej przyszłości naukę; oto w błysku jakby jasnowidzącej pamięci widzą swą przeszłość, przyczyny swych upadków czy błędów i następujące po nich skutki, czyli pojmują do głębi każde zjawisko swego ubiegłego życia: dlaczego było ono takie a nie inne, widzą jasno i wyraziście, co sprowadziło cierpienia, a co szczęście. Tak częste w życiu „nie pojmowanie” swego losu, tu się rozprasza, znajduje się jego wyjaśnienie ponad wszelką wątpliwość wyraźne. Co więcej, w takim samym błysku jasnowidzenia danym jest duszy ujrzeć i swoją przyszłość, czyli już nieuniknione w następnym życiu skutki, dawno zaistniałych a teraz dojrzałych do wyrażenia się przyczyn przez nią samą stworzonych. Czy pamięć tego widzenia, choćby w formie niejasnego przeczucia czy „głosu duszy”, przejawi się i poprzez fizyczny mózg w następnym życiu na ziemi, zależy zarówno od stopnia rozwoju duszy, jak i podatności, i wrażliwości na takie przekazywanie „wieści z góry” - jej narzędzi, czyli mentalnego i astralnego przewodnika oraz systemów gruczołowego i nerwowego fizycznego organizmu. Są ludzie, może dziś nawet dość liczni, którzy niczemu w swoim życiu sie nie dziwią, którzy przeczuwają zdarzenia, i jakby czują skąd one pochodzą, co się poza każdym ukrywa, jakie jest ich wewnętrzne znaczenie; są to właśnie nieuświadomione wspomnienia owej mapy swego życia widzianej w świecie Ducha. Jeszcze krok, a tacy ludzie przypominają wyraźnie swoje przeszłe żywoty, choćby na początku częściowo i fragmentarycznie; znam sama chyba z tuzin takich oraz paru, którzy posiadają ciągłość pamięci, czyli wiele swoich poprzednich wcieleń; a znaczy to, że są już w stanie sprowadzić pamięć duszy w świadomość działającą przez fizyczny mózg.

W świecie tym nie istnieje już poczucie rozdzielności, które panuje w poprzednich stanach świadomości; tu przy głębokim poczuciu swej prawdziwej indywidualności - („indywidualnej jedyności”, jak ją zwie jeden ze współczesnych filozofów Indii) – każdy czuje nie tylko łączność ze wszystkimi innymi, ale takie zbratanie i zjednoczenie, że nigdy już nie może przeciwstawiać „własnej sprawy” dobru innych. Jeszcze wyżej, w świecie duchowej Anandy (Szczęśliwości) już nie tylko zjednoczenie jest nieustannie odczuwaną a niezaprzeczalną, najżywszą prawdą, a zupełna jednia; jest to sfera Ducha Chrystusowego – wszechmiłości i wszechjedni.

Oto w krótkości zarys sfer i stref, które w różnych religiach noszą nazwy piekła, czyśćca i form! Można by powiedzieć, że każdy człowiek tworzy sobie nieco odmienne, własne, tak piekło, jak niebo. Ale ten opis – na podstawie badań dawnych Jogów i współczesnych badaczy jasnowidzeniem – różni się znacznie od nieokreślonych popularnych, powtarzanych przez różne religie „legend”. Nigdzie bierności, „spoczywania na laurach”, kołysania się w rajskich huśtawkach; wszędzie „praca”, choć i radosna, a nieraz pełna szczęścia, praca dla ewolucji, dal nieustannego rozszerzania się Wielkiego Życia, aż... w nieskończoność.

Ważne jest aby zrozumieć, że „wszystko w Duchu i z Ducha jest”. Jedna potężna Energia Świadomości duchowej (o jej potędze możemy w przybliżeniu sądzić z siły utajonej w atomie) działa wszędzie; zależnie od środowiska, od rodzaju materii (która jest także specjalną odmianą energii duchowej) w jednej sferze przejawia się jako ruch; w innej jako to, co my zwiemy namiętnością z wszelkimi jej odmianami, aż do uczuć włącznie; w jeszcze innej jako myśl, z niezliczonymi jej atrybutami. Więc w obrazie, który dość nieudolnie nakreślimy, trzeba zaznaczyć, że niezniszczalną, nieśmiertelną istotą człowieka, jego prawdziwą indywidualnością jest: Duch (troisty). O jego działaniu w sferze Myśli Kosmicznej (świat Arupa) mówiliśmy; pomijamy w tym szkicu działanie dwóch wyższych jego postaci – Sat i Ananda – Bytu i Szczęśliwości, gdyż nie dotyczy to bezpośrednio naszego tematu – reinkarnacji.

Gdy chwila, czy okres przebywania w tym duchowym świecie ma się ku końcowi, czyli materiał (rodzaj wibracji) odpowiadający tej sferze wyczerpuje się, powstaje w duszy pragnienie wznowienia doświadczeń w niższych światach, analogicznie do tego, o którym wspomina w relacji o swym przeżyciu, amerykański filozof cytowany poprzednio; i jako skutek tego pragnienia (buddhyjska Tanha) rozpoczyna się nowy cykl życia. Dusza wysyła cząstkę swej energii, która poczyna działać w świecie mentalnym niższym, budzi atom permanentny i ukryte w nim z poprzednich żywotów pochodzące, potencjalności i wokół niego zarysowuje się lekko przyszłe ciało mentalne; wibracje te budzą znów odpowiednie w następnej sferze astralnej i powtarza się tu ten sam proces – atom permanentny zaczyna wibrować, odpowiednia materia tej sfery zostaje przyciągnięta i powstaje zarys ciała astralnego, które wkrótce połączy się, najprzód bardzo lekko, potem coraz silniej, z przygotowującym się w łonie matki organizmem fizycznym.

Od stopnia rozwoju duszy i osiągniętego przez nią opanowania swoich przewodników w poprzednich żywotach zależy czas dzielący jedną inkarnację od drugiej; trzy zmienne czynniki grają tu również rolę, mianowicie:

a) Długość życia na ziemi; po długim życiu ziemskim następuje zwykle odpowiednio dłuższy okres pobytu w światach niewidzialnych.

b) Intensywność i napięcie życia psychicznego; jedni mają życie monotonne i spokojne, inni burzliwe, bogate, różnorodne, obfite w zdarzenia. Im bardziej tu na ziemi zbiera się doświadczeń, tym dłuższy będzie okres ich przyswajania.

c) Stopień ewolucji. Im „starszą” jest dusza, im wyżej wzniosła się w rozwoju, tym dłużej przebywa w wysokiej sferze, „nieba”. Jest psychologicznym pewnikiem, że każde przeżycie jest tym bogatsze, głębsze i większą posiadające wartość, im świadomość człowieka jest silniejsza i szersza, toteż więcej potrzeba czasu aby je zrozumieć i w pełni przyswoić.

Dowody reinkarnacji

Gdy się mówi o reinkarnacji, pierwszym pytaniem słuchacza jest: „Czym można poprzeć takie twierdzenie? Czym udowodnić, że reinkarnacja jest istotnie prawdą?” Trzeba na te pytania dać zadawalającą odpowiedź, inaczej teoria reinkarnacji nie może zwrócić uwagi ludzi myślących i głębszych. Jeśli reinkarnacja jest faktem to jest procesem ewolucyjnym o tak niezmiernej doskonałości, iż nie należy szczędzić wysiłku, by poprzeć ją mocnymi dowodami i dać podstawę logicznych argumentów.

Zanim przystąpimy do faktów mówiących za reinkarnacją, odpowiemy naprzód na pewne częste, dość zresztą błahe zarzuty.

Zarzuty owe są następujące:

W krajach chrześcijańskich najbardziej rozpowszechnione jest pojęcie, iż jeśli żyjemy na ziemi wedle pewnych przykazań i praw moralnych, jeśli wierzymy w pewne dogmaty teologiczne – nieco odmienne w kościołach różnych wyznań – to po śmierci pójdziemy do nieba i będziemy tam żyć wiecznie. Nie określa się nawet w przybliżeniu, co mamy robić w przeciągu milionów wieków. Jakiś postęp i doskonalenie się być tam przecież muszą, czyż bowiem ewolucja może się zatrzymać? Ale w jaki sposób mają się one dokonywać, nikt nam nie tłumaczy. Nie może to być doskonalenie się moralne, jak je pojmujemy potocznie, gdyż w niebie nie mogą istnieć pokusy, a więc nie ma wysiłków i sposobności do wyrabiania siły charakteru, woli i rozpoznawania. Nie może to być również postęp intelektualny, w naszym zwykłym rozumieniu, gdyż nie będzie tam problemów naukowych i artystycznych, ani zagadnień politycznych, ekonomicznych, społecznych, przemysłowych, narodowych, międzynarodowych, itp., które mogłyby służyć jako materiał, a zarazem bodziec w rozwoju i doskonaleniu zdolności umysłowych. Pozostałaby może metafizyka, ale dla iluż ludzi jest ona nie pociągająca, a nawet całkiem niedostępna! Takie pojęcie o niebie może odpowiadać naturom dewocjonalnym i kontemplacyjnym, ale dla reszty jest niezrozumiałe i nie zachęcające. Gdybyśmy trzy czwarte z nawet dziewięć dziesiątych mieszkańców naszego globu przenieśli na stały pobyt do najwznioślejszej sfery, gdzie nie znaleźliby nic z tego, co obecnie pobudza ich inteligencję; książek, gazet, podróży, nauki, wynalazków, rzemiosł, muzyki, malarstwa, literatury, pracy ręcznej, działalności politycznej, społecznej itp., to prawdopodobnie ogarnęłaby ich nieprzezwyciężona apatia i nuda, może nawet nie zdawaliby sobie sprawy z wielkości i wzniosłej duchowości nowego otocznia; nie przyzwyczajeni do podobnych wibracji, mogliby na nie wcale nie reagować, czyli nie ogarniać ich świadomością. Życie w podobnym niebie zatrzymało by raczej postęp przeciętnego człowieka; nie znalazłby on tam nic odpowiadającego poziomowi swego rozwoju, bo trzeba pamiętać, że co zachwyca i podnosi człowieka uduchowionego, o wielkiej kulturze umysłowej, jest niezrozumiałe i jałowe dla człowieka przeciętnego i nie przedstawia dlań żadnego bodźca w rozwoju intelektualnym i moralnym. Zatem logicznym jest twierdzenie teorii o reinkarnacji, że powracając wielokrotnie na ziemię, do zajęć i zagadnień pochłaniających naszą uwagę i zmuszających do wysiłku, postęp nasz ma więcej bodźców aniżeli mógłby mieć podczas przebywania w niebie w biernej szczęśliwośći.


Reinkarnacja jest pojęciem zimnym i nie religijnym.

Wierze w istnienie zaświatów towarzyszy pojęcie bezczynnego trwania w raju, wśród słodkich snów i miękko kołyszących sentymentalnych ekstaz. Czy to ma być ideałem szczęśliwości? Nieraz trudno powstrzymać się od myśli, iż byłoby to tylko formą psychicznego egoizmu. Jeśli podobny ideał wynika z żarliwej religijności, to możliwe, iż pojęcie o reinkarnacji i jej ideały wydałyby się zimne i nie religijne. Gdyż wedle tej teorii zamiast trwać nieskończenie długo w biernej szczęśliwości nieba, powinno być naszą największą, a świadomą radością, dobywać ze swej natury wiedzę i siłę, aby pomagać bliźnim tu, na ziemi, dodawać im mocy i mądrości, czyż nie jest bowiem największym przywilejem i szczęściem dopomóc drugiemu człowiekowi w jego rozwoju? W miarę wnoszenia się po szczeblach ewolucji, nasza radość i wiedza wzrastają, lecz zawsze ideałem naszym powinna być raczej myśl o tym, jak służyć i przyspieszyć rozwój współbraci, aniżeli o tym, co mamy zdobywać dla siebie samych. Reinkarnowanie się przywodzi nas wciąż ku tym, którzy nas potrzebują, którym możemy pomóc swym doświadczeniem. Zamiast szukać osobistego zbawienia, co jest tylko subtelną formą duchowego egoizmu, powinnibyśmy czuć płomienne pragnienie pomagania ludziom; nasze siły i zdolności stanowiące najcenniejszy, a z trudem zdobyty skarb, powinnyby tylko dlatego być nam drogie, że dają nam możność ratowania i pomagania innym. Czy taka teoria jest znana? Czy można ją nazwać nie religijną? W takim razie ideał Chrystusowy – czynnej miłości, powinnoby się również nazwać zimnym. Porównajmy te dwie teorie, która z nich jest wyższa, czy idea raju w biernej szczęśliwości, czy idea powrotów co pewien czas na ziemię, aby brać czynny udział w walce o postęp świata, aby wspierać ramieniem swych młodszych braci, gdy chwieją się i potykają. Reinkarnacja pozwala nam zdobywać coraz większą zdolność niesienia pomocy; a tym którzy ją przyjmują za pewnik, daje nadzieję nieporównanej radości dobrowolnej ofiary.


Przyjmując reinkarnację tracimy nadzieję poznania naszych ukochanych w zaświatach.

Krytycy głoszący to zdanie sądzą, że wracamy na ziemię prawie bezpośrednio po śmierci; tak jednak nie jest, większość ludzi długo przebywa w światach niewidzialnych przed powrotem na ziemię. A w świecie astralnym można łatwo odnaleźć swych przyjaciół jak na ziemi. Zaś w sferze niebiańskiej sposób porozumiewania się jest nieco inny, ale i tu jesteśmy w nieustannym kontakcie z tymi, których kochamy. Nie zapominajmy, że dusze ludzi, których łączy prawdziwa miłość, są zawsze ze sobą w kontakcie, rozłąka ma miejsce tylko wówczas, gdy ludzie nie spotykają się ze sobą żyjąc na ziemi. A i to nie jest powszechne, gdyż życie nasze jest silnie związane z życiem prawdziwych przyjaciół z przeszłości, zazwyczaj spotykamy się z nimi na ziemi, bowiem przyciąganie miłości i przyjaźni jest głównym czynnikiem łączącym duszę dla stworzenia rodziny czy innych zewnętrznych lub wewnętrznych związków. Zazwyczaj nasza obecna miłość stanowi dalszy ciąg dawnej, istniejącej w poprzednich żywotach. Wiara w reinkarnację, opierając się na nieśmiertelności i niezniszczalności świadomości i pamięci człowiaka, nie tylko nie unicestwia, ale odwrotnie wzmacnia nadzieję spotkania i poznania naszych prawdziwych przyjaciół w tzw. zaświatach.


Pojęcie reinkarnacji stwarza zamieszanie we wzajemnych stosunkach ludzi.

Wystarczy chwila głębszego zastanowienia, by przyznać, że w stosunkach naszych rzeczą najcenniejszą, posiadającą niezrównaną wartość, nie jest bynajmniej związek fizyczny a uczuciowy. Przez reinkarnację prawdziwe związki miłości mogą trwać, wzmacniać się i wzbogacać, dzięki różnorodności wzajemnych stosunków, w każdym wcieleniu innych. Pojęcie to na pierwszy rzut oka wyda się dziwne, a jednak, gdy zastanowimy się głębiej przyznamy, że jest to najlepszy, a może jedyny sposób, by miłość mogła wzmacniać się i rozszerzać.

Gdy matka w porywie miłości przytula dziecko, wydaje się jej, że ten związek, to cudowne zjednoczenie z ukochanym, jest i piękne i doskonałe, a gdyby dziecko umarło pragnęłaby posiadać je znów takim samym maleństwem. Ale wszak lata biegną, dziecko rośnie, staje się młodzieńcem, a związek łączący go z matką zmienia się również. Chętne posłuszeństwo odpowiadające na troskliwą miłość matki, zmienia się w inny rodzaj uczucia, jest ono nieco podobne do gorącej przyjaźni, choć obfitsze we wspomnienia i głębsze. Później jeszcze, gdy matka starzeje się syn jest w pełni męskich sił, stosunek przeobraża się znów i wzbogaca, rolę się odwracają, teraz syn ochrania i tkliwą opieką otacza matkę. Czyż więc to uczucie byłoby piękniejsze, gdyby zostało urwane w pierwszych latach? Czyż nie staje się ono z czasem coraz bogatsze i głębsze? Podobnie jest z duszami. Związki rodzinne i powinowactwa fizyczne zmieniają się w każdym wcieleniu, wyrażają się w nich i dobre i „złe” skutki naszej przeszłości, toteż są często trudne, choć drogie. Aż u szczytów człowieczeństwa i zjednoczenia z Duchem, znajdują one najwyższy wyraz, bo obejmują treść wszystkich ludzkich związków, całą najbogatszą gamę uczuć, wszelkie odmiany i odcienie miłości, łącząc je we wszechmiłości.


Mieszkańcy światów niewidzialnych nie znają z reinkarnacji i nic o niej nie mówią. (Zarzut spirytystów)

Ten zarzut nie jest ścisły, bo w ostatnich czasach w wielu tak zwanych „komunikatach spirytystycznych” jest mowa o reinkarnacji. Francuska szkoła spirytystyczna od dawna wierzy w powrót dusz, a wiara ta i w innych krajach zaczyna się wśród spirytystów szerzyć. Ale prawdą jest, że bardzo wielu mieszkańców astralnego świata nic nie wie o reinkarnacji, bo śmierć nie zmienia w niczym naszej świadomości i nie uwalnia od przesądów; po śmierci jak za życia, ciągnie ona do tych, których pojęcia są podobne do naszych i zbliżamy się tam do pokrewnych nam istot. Jeśli na ziemi odrzucamy ideę reinkarnacji, nie chcąc nawet bezstronni zbadać argumentów przemawiających za nią, to i po śmierci będziemy prawdopodobnie trwać w tym jej negowaniu, choć wówczas moglibyśmy łatwiej znaleźć jeszcze bardziej przekonywujące dowody. Nie zapominajmy, że w świecie astralnym nie możemy jeszcze pamiętać własnych minionych wcieleń. Pamięć przeszłości budzi się dopiero przy nawiązaniu kontaktu ze świadomością duszy, a tej w świecie astralnym nie możemy zdobyć, więc nie posiadamy klucza do przyszłości.

Wszystkie rozumowania logiczne co do powstania świadomości przemawiają za tym, że istotnie ona przed początkiem życia na ziemi, z tego właśnie wynika samo pojęcie reinkarnacji.

Istnieją dwie główne teorie co do świadomości ludzkiej.

1. Świadomość jest wytworem lub wynikiem chemicznych lub innych zmian w materii. Jest to teoria materialistyczna twierdząca, iż świadomość nie może istnieć poza działaniem mózgu i znika w chwili śmierci.

2. Świadomość człowieka jest niezniszczalna, działa ona na mózg i przezeń się przejawia, ale jest też przezeń ograniczona; to wzajemne oddziaływanie nie jest jeszcze dokładnie zrozumiane.

Do niedawna jeszcze odkrycia naukowe zdawały się potwierdzać pierwszą materialistyczną teorię, ale w ostatnich dziesięcioleciach badania psychologów z Towarzystwa Badań Psychicznych Towarzystwa Spirytystów oraz Towarzystwa Teozoficznego, odkryły szereg faktów dowodzących jaskrawo, iż istnienie świadomości ludzkiej nie kończy się ze śmiercią. Fakty te są stwierdzone i tak oczywiste, że stanowią dziś bardzo mocną podstawę dla drugiej teorii, a całkowicie obalają pierwszą. Gdy studiuje się sumiennie całość zgromadzonych faktów nie można nie zdobyć przeświadczenia, że świadomość ludzka nie traci żadnej z cech umysłowych, moralnych ani duchowych ze śmiercią fizycznego ciała, a więc właściwości te nie mogą być wytworem dziedziczności, ani też komórkowej budowy mózgu.

Dziś więc tylko tzw. „teoria duszy” może zadowolić tych, którzy liczą się z odkryciami i dowodami najnowszej wiedzy. Teorię tę można tłumaczyć w dwojaki sposób:

a) Jednostka świadoma – czyli potocznie mówiąc dusza – jest powołana do bytu w chwili narodzin dziecka; możnaby to nazwać oddzielnym jej stworzeniem.

b) Świadoma indywidualność, duch ludzki i dusza istniały przed urodzeniem na ziemi przez nieskończone długie wieki, można powiedzieć iż są one „bez początku ani końca”. Jest to teoria istnienia odwiecznego.

Interpretacja pierwsza – poczęcia świadomości duszy w chwili narodzin – jest rozpowszechniona głównie w środowiskach chrześcijańskich; prowadzi ona jednak do wniosków, z których absurdalności nie zdają sobie sprawy ci, którzy ją przyjmują. Przede wszystkim teza, iż rodzice, to jest ludzie, drogą aktu fizycznego mogliby powoływać do życia świadomość nieśmiertelną jest logicznie nie do przyjęcia. Świadomość, która zaczyna swe istnienie dzięki fizycznemu aktowi rozmnażania się, musiałaby konsekwentnie zakończyć się wraz ze śmiercią fizyczną. Gdyż to, co zostaje poczęte w czasie z czasem skończyć się musi. Albo, jak mówi filozoficznie Hume: „To co jest niezniszczalne, nie może być poczęte”. Jeśli zaś przypuszczam, że moc Boska stwarza duszę w chwili urodzenia ciała fizycznego, to jak wytłumaczymy dlaczego uzależnia się to od ludzi i dlaczego jest to związane z funkcją seksualną? Prócz tego jeśli każda dusza jest stwarzana oddzielnie przy urodzeniu ciała fizycznego, to dlaczego właściwości umysłowe i moralne są tak odmienne u poszczególnych jednostek poczynając od ciemnoty i amoralności dzikiego, aż do wzniosłych cnót mędrca i świętego? A wreszcie, jeśli każda dusza przychodzi po raz pierwszy na ten świat pojawiając się tu, razem z ciałem, to czym można wytłumaczyć różnicę losów ludzkich?

A więc proste rozumowanie doprowadza do wniosku, że jeśli dusza istnieje, to musi istnieć przed poczęciem ciała, a to prowadzi do teorii reinkarnacji. Reinkarnacja tłumaczy różnice pomiędzy ludźmi jako różnego „wieku” dusz, które miały miej albo więcej czasu do obudzenia w sobie wielorakich cech; że „przeznaczenie” człowieka jest rezultatem jego przeszłości, a akt fizyczny, dający początek istnieniu fizycznego ciała, które ma służyć jako mieszkanie lub narzędzie duszy, nie wpływa w najmniejszej mierze na jej istnienie.

Jakże często jedno bytowanie na ziemi prawie nie daje żadnego pożytecznego rezultatu! Nie zastanawiają się nad tym ci, którzy wierzą że tylko raz jeden żyjemy na ziemi. Jeśli by każdy człowiek żył 60-70 lat i spotkał na swej drodze bogate, różnorodne doświadczenia, moglibyśmy bodaj logicznie przypuszczać, że to byt ziemski wpłynął na jego rozwój; nawet, gdyby wydawało się niedość jasne, jak może kilkadziesiąt lat życia wystarczać dla najwyższego rozwoju duszy. Tymczasem wiemy, że miliony dzieci umiera po kilkunastu miesiącach lub kilku latach, a nawet po paru godzinach istnienia. Jaką korzyść może mieć dusza z tej jednej chwili spędzonej na ziemi w ciele niemowlęcia lub dopiero rozwijającego się organizmu dziecka? Zwłaszcza jeśli te parę lat spędza w najnędzniejszych norach miejskich, gdzie prócz brudu, nędzy i zbrodni nie widzi nic. Jaki jest cel takiego życia, o ile dusza tylko raz jeden jedyny przychodzi na naszą ziemię?

A jeśli przyjmiemy, że duszę czeka długi szereg wcieleń, jeśli życie obecne jest tylko dalszym cięgiem poprzedniego, czyli ogniwem w długim łańcuchu, wówczas nawet najkrótsze może mieć swój ukryty sens i jednak logiczny cel. Nawet istnienie kilkoletnie, pozbawione wszelkiego uroku, nie wyda nam się nonsensem jeśli wiemy, że w ciele dziecka może przebywać dusza stosunkowo mało obudzona, przyswajająca sobie w doświadczanej formie pierwsze nauki w rozpoznawaniu dobra i zła. Jedną z zasadniczych prawd i podstaw tego światopoglądu jest przekonanie, że nic nie ginie, nic nie zostaje zmarnowane i zapomniane. Choćby życie było najkrótsze jest w nim zawsze coś nowego, dodaje ono choćby jeden element potrzebny w ogólnej sumie doświadczeń duszy; albo też jest spłaceniem jakiegoś długu, wyrównaniem rachunku, który był przeszkodą utrudniającą dalszy postęp.

Czy nie jest dziwnie nielogiczne przypuszczenie, iż po jednym życiu na ziemi, spędzonym na przykład w ciele dzikiego Zulusa, dusza nigdy więcej nie wraca na ziemię, gdzie tyle jeszcze mogłaby znaleźć doświadczeń, takie bogactwo materiału cennego dla swego rozwoju? Dlaczego nie miałaby powrócić? Dlaczego wszyscy nie mielibyśmy wracać na ziemię? Czy możemy powiedzieć, że nic nam już nie pozostaje tu, w warunkach obecnych, do zdobycia? Że wszystko na ziemi poznaliśmy? Lessing widział potrzebę reinkarnacji, gdy pisał: „Dlaczego nie miałbym powracać na ziemię dopóki mogę tu jeszcze zdobywać nową wiedzę i rozwijać nowe zdolności? Czy w tym jednym pobycie na ziemi zdobyłem aż tak wiele, że mi już nic nie pozostaje do zdobycia? Że już nie warto tu wracać?”

Jeśli nawet mamy życie długie, bogate w doświadczenia i jeśli jesteśmy bardzo ruchliwi i czynni, możemy poznać tylko małą cząstkę skarbów świata. A poznanie i rozumienie życia inteligentnego człowieka, o ileż jest od wiedzy o nim ludzi zwykłych, większe! Ci po bardzo powierzchownym elementarnym wykształceniu, są zazwyczaj pochłonięci pracą zarobkową, dla utrzymania rodziny, mają zaledwie czas na przeczytanie gazety; czasem, jeśli mają zamiłowanie, mogą się dokształcać, ale ogromne pola wiedzy zostają dla nich na zawsze zamknięte. Filozofia, historia, sztuka, literatura, podróże, mogą pociągać wielu, ale to wymaga pewnych kwalifikacji umysłowych i środków materialnych, a obu im brak. Jakże nieznaczną cząstką twórczości ludzkiej dane jest im poznać! Nie istniał jeszcze człowiek, który by w ciągu jednego żywota poznał więcej nad jedną lub najwyżej dwie dziedziny przeogromnego zasobu wiedzy jaką ludzkość zdobyła; z tą prawdą powinni się liczyć wyznawcy teorii, iż tylko raz żyjemy na ziemi.

Przyjąwszy reinkarnację wiemy, że nie ma dziedziny, której wcześniej czy później nie moglibyśmy zbadać; nie ma cywilizacji, której nie moglibyśmy poznać; nie ma działalności, w której nie moglibyśmy uczestniczyć. W długich dziejach rozwoju duszy przeszliśmy przez nie jedną cywilizację; braliśmy udział w wielkich zdarzeniach historii, mogliśmy odgrywać w nich znaczną rolę i stykać się z geniuszami różnych epok. A w przyszłych żywotach czekają nas coraz bogatsze i szersze doświadczenia, coraz pełniejsza twórczość. Trzeba umieć sięgnąć do dna zdarzeń, by móc zrozumieć i przyswoić sobie treść każdego okresu własnego życia, jak i danej epoki. Tylko takie wnikanie w głąb może zaprowadzić nas na najwyższy szczebel ewolucyjny, gdy w Wielkiej Uczelni tego świata nie pozostanie nam już wiele do zdobycia, bowiem mądrość – synteza wszystkich nauk, stanie się naszym udziałem.

Teoria powyższa wydaje się nam zgodna z logiką i zasadą ogólnej ewolucji świata.

Teraz przystąpimy do zgrupowania materiału przemawiającego za teorią reinkarnacji.


Reinkarnacja umożliwia każdemu osiągnięcie doskonałości

Wezwanie Chrystusa: „Bądźcie doskonałymi jako Ojciec wasz niebieski”... - długo zdawało się brzmieć niemal tonem ironii, tak mało mamy szans do zdobycia doskonałości w ciągu jednego krótkiego żywota. Nawet czysto ludzkie powodzenie i pierwszeństwo w jakiejkolwiek dziedzinie myśli i twórczości – w sztuce, czy filozofii – jest dostępne dla tak niewielu! Ostro i dojmująco czujemy swą niemoc. Ideał doskonałości Chrystusowej dla człowieka o średniej kulturze jest dziś czymś tak odległym, że nawet myślą doń nie wybiega. A reinkarnacja daje niezliczone możliwości postępu każdemu; ideał, choć powoli, może być osiągnięty przez wszystkich, wszyscy do tego celu dążą i wszyscy muszą go osiąbnąć.


Reinkarnacja wyjaśnienia zagadnienie zła.

Uważać, iż Bóg jest miłością, dobrocią, sprawiedliwością najwyższą i wszechmocną, i pogodzić to z istnieniem beznadziejnych otchłani nędzy, krzywdy, cierpień na ziemi, jest zadaniem tak trudnym, że niejeden filozof i teolog na nim się załamywał; bo tylko pojęcie reinkarnacji, którego nie uznawał, może rzucić nieco światła na ten zawiły problem.

Od początku, od chwili rozpoczęcia swej długiej wędrówki poprzez wcielenia na ziemi, każda dusza posiada w sobie w stanie potencjalnym, ukrytym, wszystkie cechy, cnoty, moce i właściwości, zarówno intelektualne, jak moralne i duchowe, które z czasem przejawi; z żołędzia urasta dąb, niemowlę zmienia się w męża; i to jest celem. Dzięki reinkarnacji dusze przychodzą z powrotem na ziemię, w jej działania i wysiłki i we wciąż od nowa powtarzanych usiłowaniach rozwiązania problemów i zagadnień, te wrodzone jej cechy i właściwości powoli budzą się i przejawiają. Dopóki nie są obudzone człowiek jest a-moralny, nierozumny, pozbawiony dobroci; czyli tak zwane „złe” cechy człowieka istnieją zawsze dopóki nie zostaną obudzone odwrotne, odpowiednie zalety. Jeśli jesteśmy okrutni to zazwyczaj dlatego, iż nie obudziło się w nas jeszcze współczucie. Jeśli jesteśmy ciaśni, samolubni, pełni egoizmu, to znaczy, że dotąd nie obudziliśmy w sobie miłości, nie rozwinęliśmy dość silnie duchowej indywidualności, aby jej naturalnym prawem było „dawać a nie brać”. Gdy „dobra”, twórcza cecha budzi się w nas i rozwija, „zła” stopniowo zanika, gdyż tzw. „zło” nie istnieje samo przez się, jest tylko oznaką braku lub zaniku dobra. Małe dzieci są nieraz okrutne dla zwierząt z całą nienawiścią zadając im cierpienia, nie zdają sobie sprawy, że zwierzę cierpi ale w parę lat później - gdy dusza dziecka lepiej się wypowiada poprzez swe narzędzie uczuciowe – okrucieństwo znika. Podobnie rzecz się ma z ewolucją duszy. Gdzie dobra cecha jeszcze nie działa tam nieraz przejawia się zła. Jesteśmy ciemni i ograniczeni dopóki doświadczenie nie nauczy nas mądrości; jesteśmy bezwolni i słabi, zanim przez ćwiczenie, wysiłek i walkę nie wydobędziemy z głębi swej istoty, odporności i twórczej mocy, czyli nie dojdziemy do wieku wewnętrznie, moralnie dojrzałego.

Jeśli spojrzymy na świat jako na wielką uczelnię, w której żywe istoty czerpią naukę nie z przepisów i nakazów, lecz z własnych doświadczeń, wówczas problem zła ukazuje się nam pod innym kątem.

Jeśli posiadamy dziś zdolność odróżniania dobra od zła, to tylko dlatego, iż wyrobiliśmy ją w sobie w przeszłości żmudnym doświadczeniem, bo ilekroć wybieraliśmy zło, tylekroć bolesny rezultat przekonywał nas o pomyłce. Jeśli nam ktoś powie, że pewien czyn jest zły, ale nie jesteśmy jeszcze do głębi przekonani. Lecz jeśli spotyka nas ból w wyniku popełnienia tego czynu, wówczas przyswajamy sobie tą pewność szybko i na zawsze. W wielkiej Uczelni Świata, chcąc nas przy pełnej wolności woli, nauczyć tego, co jest z Prawem zgodne czyli dobre, pozwala się nam czynić źle; innego sposobu dla zdobycia zdolności rozpoznawczych i dobrowolnego wyboru – nie ma.


Reinkarnacja jest w zgodzie z ekonomią przyrody.

Jeśli celem bytu ludzkiego jest, jak na to wszystko wskazuje, zdobywanie doświadczeń, w takim razie z zasady ekonomii wynikałoby, że człowiek wyrobiony w działalnościach tego świata powinien wrócić tu jeszcze kiedyś, by spożytkować zdobytą wiedzę i umiejętność. Cóż za pożytek przyniosłaby np. wiedza techniczna w niebie, czyli w zgoła innych warunkach? Lecz ta sama wiedza gromadzona w ciągu szeregu żywotów, aż do spotęgowania jej w umiejętności twórcze nieraz genialne, będzie miała nieocenioną wartość tu, w świecie fizycznym. Jeśli ludzie dochodzą w jakiejkolwiek dziedzinie do doskonałości to właśnie dzięki doświadczeniu zdobytemu w wielokrotnych wcieleniach. Czyż fakt ten nie jest wspaniałą zapowiedzią przyszłej doskonałości całej ludzkości? Cywilizacje mogą upadać wraz z całym swym dorobkiem kulturalnym, lecz ludzie, którzy je tworzyli nie giną, żyją dalej i pamiętają wszystko, a po pewnym czasie wracają na ziemię, by rozporządzając coraz wybitniejszymi zdolnościami twórczymi, budować cywilizację doskonałą.


Reinkarnacja tłumaczy wznoszenie się i upadanie narodów.

Każdego kto studiuje historię, muszą zastanowić dziwne koleje losów wielu narodów: powolne wznoszenie się ku potędze, wspaniały rozkwit, a potem chylenie się ku spadkowi. Warunki zewnętrzne nie są bezpośrednią przyczyną upadku. Gdy wodzowie i kierownicy narodu nie wnoszą się ponad przeciętność, gdy małość pleni się wśród społeczeństwa, gdy nie działa ono szlachetnie, a liczba ludności poczyna się zmniejszać, nic nie jest w stanie powstrzymać zmierzchu danego narodu.

Dlaczego?

Wielkość każdego narodu zależy od możliwości jakie daje on każdej duszy ludzkiej. Jeśli wdzięczność fizyczna danego narodu jest względnie wolna od kalectw i chorób społecznych; jeśli naród ma rozumny system wychowania publicznego, wysoki ideał życia moralnego i religijnego, jeśli rząd kieruje się bardziej ideałem sprawiedliwości niż celami egoistycznymi, to taki naród przyciąga najwyższe dusze, które ujmują ster i kierują naród ku potędze. Inaczej mówiąc – moc i wielkość danego narodu zależą od wielkości dusz, które się w nim rodzą, a to znów uzależnia się od warunków i sposobności jakie mogą w tym kraju znaleźć dla swego rozwoju* Przypominamy: „Najwyższy ruch Ducha w narodzie przyciąga w naród najwyższe duchy” J. Słowacki. Sprawiedliwość społeczna i uczciwość, wysoki ideał narodowy i mądry system nauczania – znaczą najwięcej.

Naród zaczyna chylić się ku upadkowi, gdy najwybitniejsze, najbardziej mocne i dojrzałe dusze, nie znajdując w nim odpowiednich warunków, wcielają się gdzie indziej; wówczas z konieczności bardziej mierne, młodsze, mniej doświadczone, imają się steru i obniżają hasła i ideały. Każdy naród uczy swych obywateli wskazując im cele i idee społeczne, polityczne, moralne i religijne, gdy te cele i idee są obniżane, wówczas poziom obywateli obniża się również. Im wyższy jest ideał narodowy, tym potężniejszy staje się naród. Gdy Rzym zaczęła opanowywać słabość moralna i zepsucie polityczne, dusze, które stworzyły jego wielkość, musiały gdzie indziej szukać wcielenia, w narodach nawet mniej kulturalnych, lecz czystszych, co sprowadziło upadek Rzymu, a rozkwit młodych ludów.


Reinkarnacja tłumaczy dlaczego charakterystyczne cechy dawnych narodów zostają przyswajane przez narody nowe i młodsze.

Obserwując charakterystyczne cechy natur i temperamentów różnych narodów, uderza nas podobieństwo tych cech, w głównych liniach, do charakteru i ducha niektórych cywilizacji starożytnych. Można np. znaleźć wiele analogii pomiędzy Wielką Brytanią a dawnym Rzymem. Anglicy mają ten sam pęd, a może i geniusz, kolonizacyjny, to samo poczucie i cześć dla prawa, tę samą wytrwałość w każdym przedsięwzięciu, ten sam ciężki, masywny styl architektoniczny oraz zamiłowanie do siły i użyteczności o wiele silniejsze niż do piękna, ten sam brak wyobraźni zarówno w sztuce, jak w religii i filozofii oraz w stosunku do innych narodów (Indii np.).

We Francji odwrotnie: główne cechy rasy przypominają raczej Grecję. Widzimy tu podobną wyobraźnię i cześć dla formy i ekspresji; to samo zamiłowanie piękna, giętkość, jasność i przenikliwość intelektu. Naturalnie poza tymi ogólnymi cechami, możemy spotkać coś z greckiego charakteru w Anglii, a rzymskiego we Francji, ale w głównych zarysach powyżej podana charakterystyka będzie dość ścisła. Dlaczego? Czy nie dlatego że w Anglii mamy większość dusz które przyszły z dawnego Rzymu, a we Francji – z dawnej Grecji?

Takie wspomnienia czy też odbicia charakterystycznych cech rasy, w której się dawniej żyło zaznaczają się nieraz wybitnie w poszczególnych jednostkach, Keats tak uderzająco przypomina poetów starożytnej Grecji, a u Macaulay'a Jume'a i Gibbon'a spostrzegamy wiele cech wspólnych z rutyną starożytnych historyków rzymskich.

Duch pradawnej hinduskiej filozofii Wedanty pojawia się od nowa w dziełach Hegla, Fichtego, Kanta; zaś dzieła Schopenhauera tchną wibitnie filozofią Buddhyzmu, który myśliciel ten musiał znać doskonale w poprzednich wcieleniach. Można słusznie powiedzieć, że „gdziekolwiek twórczość ludzka wyraża się w wybitnych dziełach filozofii, sztuki czy też wiedzy ścisłej tam przejawiają się głębokie pokłady psychiczne, tam można dostrzec, iż źródło tej twórczości bierze początek w dawnych żywotach”.


Reinkarnacja wyjaśnia czemu geniusze pojawiają się zazwyczaj grupami.

Obserwując okresy historii, gdy pojawią się ludzie wybitni, którzy stworzyli coś wielkiego i przyczynili się znacznie do postępu w dziedzinie sztuki lub wiedzy – widzimy, iż przeważnie ukazują się nie pojedynczo, ale jakby grupami o pewnych wspólnych cechach. Uderza to zwłaszcza w sztuce. Botticelli, Michał Anioł, Tycjan, Rafael i Ho bein – tworzą jakby jedną grupę. Bezpośrednio po niej przychodzi druga: Rubens, Velasquez, Rembrant, Carlo Doici, Murillo. Po pewnym znów czasie: Hogarth, Reynoids, Gainsbrough, Romney, a za nimi: Watts, Holman, Hunt, Rosetti, Millais. Muzycy pojawiają się również w podobnych grupach. Naprzód – Hendel i Bach, potem Mozart, i Bethoven; wreszcie Schubert, Chopin, Schuman, Liszt, Wagner, Brahms i Grieg. A w Polsce romantycy. Pojawienie się samotnej grupy poetów i filozofów amerykańskich jest także ciekawe, zwłaszcza, że wszyscy żyją w tej samej części Stanów Zjednoczonych i wielu z nich zostaje przyjaciółmi. Do grupy tej należeli: Bryant, Emerson, Longfellow, Whittier, Poe, Thoreau, Withman i Lowell, nie wspominam o innych, mniej wybitnych.

Czyż nie jest piękną i głęboko radosną myśl, że serdeczni przyjaciele i współpracownicy przychodzą na ten świat razem, by wspólnie prowadzić rozpoczęte dzieło? Czy nie pociągająca jest myśl, że w przyszłości możemy znów pracować razem z nimi, nad polepszeniem warunków w narodzie, aby uczynić życie wielu ludzi jaśniejszym i szczęśliwszym? Czy nie jest pocieszające przekonanie, że mistrzostwo Bethovena, kunszt Rafaela, filozofia Emersona nie są dla świata stracone? Że prócz przeszłego dorobku dadzą oni ludzkości w następnych wiekach nieocenione skarby, a nawet coraz większe, bo dusze ich przez ten czas wzniosły się na jeszcze wyższy szczebel, posiadły jeszcze więcej mądrości, wzmogły polot i genialność.


Reinkarnacja łączy się z pojęciami boskiego ładu i prawa moralnego.

Najtrudniejszym, najbardziej niepokojącym problemem, nad którym zastanawiali się przez wieki zarówno filozofowie, jak i ludzie głęboko religijni, jest rzucająca się w oczy niesprawiedliwość warunków, sytuacji życiowych i losu poszczególnych ludzi. Czy istnieje jakieś moralne prawo, jakaś wyższa moc kierująca przeznaczeniami człowieka? A jeśli tak, dlaczego dobre czyny nie zawsze prowadzą do powodzenia i szczęścia, a zło do cierpienia i klęski? Jakże często bywa wręcz odwrotnie: najniewinniejszy czyn przynosi opłakane rezultaty, a cierpienia i świadome wyrządzone innym krzywdy nie znajduje zasłużonej kary. Nie rzadko nawet zbrodnia nie pociąga za sobą bezpośredniego bolesnego skutku.

Zwróćmy uwagę, jak niesprawiedliwe są różnice warunków bytu ludzkiego, jak wielki wpływ mają: rodzice, dziedziczność, zdolności umysłowe, wychowawcze, lub stan materialny itp., zupełnie od nas niezależne czynniki. Musimy przyjmować biernie wszystko, co nam los wyznacza, a jak bezsensowny i kapryśny bywa nieraz ten zagadkowy los! Jedni opływają w dostatki, inni głodują; jednym wolno hulać i używać życia, drudzy muszą pracować w wyniszczającym zdrowie trudzie. Trudno dopatrzyć się w tym wszystkim jakiegoś głębszego moralnego celu czy kierunku. Tyle palącej, gorzkiej niesprawiedliwości widzimy wszędzie, iż nie można dziwić się ludziom, którzy zwątpili, iż Wszechmogący kieruje wszechświatem i opiekuje się człowiekiem.

Sedno tych trudności i paradoksów życia tkwi nie tyle w istocie faktów, co w naszym nieuzasadnionym poglądzie, że rodzimy się tylko raz na tej ziemi. Jeśli chcemy tłumaczyć przebieg jednego życia, jako przejaw odosobnionej, zamkniętej w sobie całości, pozbawionej przyczynowego łącznika z przeszłością, napotykamy na nieprzezwyciężoną trudność, na zagadkę nie dającą się rozwiązać. Równie niemożliwym byłoby zrozumieć skąd np. uczeń klasy trzeciej umie czytać i pisać, gdyby się nie brało pod uwagę poprzednich lat jego nauki w klasach niższych.

Teoria reinkarnacji daje pewność, że prawo moralne we wszechświecie istnieje, że działa ono równo i nieodparcie, że ludzie sami są twórcami swego losu. Nasz charakter, zdolności umysłowe, poczucie etyczne, jako też zdrowie fizyczne, warunki bytu oraz wszystkie ważniejsze zdarzenia naszego życia, są skutkami naszych własnych czynów, pragnień, uczuć, żądz i myśli w poprzednich wcieleniach; więc przeznaczenie nie zostaje nam z góry narzucone przez jakąś arbitralną władzę, jest ono tylko logicznym skutkiem dawniejszych przyczyn. Zasada ta znajduje potwierdzenie w przykładach codziennego życia. Jeśli dziecko będzie uczyło się źle i wyrośnie na człowieka ograniczonego, nie będzie to bynajmniej jego przeznaczeniem, a wynikiem własnego lenistwa, opieszałości czy samowoli. Jeśli młodzieniec prowadząc rozwiązłe życie nabawi się ciężkiej choroby – której dotkliwe skutki ukażą się dopiero po wielu latach – nie będzie to jeno karą za jakiś ostatni jego postępek, a skutkiem dawniejszych błędów. Z cierpienia wyciągnie naukę; co jest właściwym celem każdego człowieka. Z tego punktu należy patrzeć na przeznaczenie ludzkie. Prawo moralne możemy pojmować jako prawo akcji i reakcji, na podstawie którego każda przyczyna musi wywołać odpowiedni skutek; każdy skutek jest zawsze poprzedzony określoną przyczyną. Skutki naszych dawnych czynów wyrażają się obecnie w formie otoczenia i warunków fizycznych; nasze dawne myśli i uczucia stworzyły nasz dzisiejszy charakter; a poprzednie pragnienia i dążenia przygotowały nam obecne sposobności rozwoju. Nic nie dzieje się bez przyczyny i bez skutku – zarówno w świecie moralnym, jak fizycznym. Jesteśmy dziś tym, czym jesteśmy, dzięki czynom, myślom, uczuciom i pragnieniom przeszłości, nie tylko poprzednich istnień, lecz i ubiegłych lat obecnego życia.

Cokolwiek nas spotyka, powodzenie czy klęska, radość czy ból, jest to zawsze tylko reakcją sił, któreśmy sami niegdyś puścili w ruch. Człowiek, którego spotykamy może być pośrednikiem w wyładowaniu pewnej energii, lecz w istocie my sami jesteśmy twórcami tej energii, a więc ponosimy za nią pełną odpowiedzialność. Takie ujęcie przeznaczenia zgadza się całkowicie ze zdrowym rozsądkiem. Jeśli ktoś robi wciąż złośliwe ironiczne uwagi o znajomych, to po pewnym czasie staje się ogólnie nielubiany. Antypatia ludzka nie jest karą lecz tylko wskazówką na konsekwencje, wyrazem prawa przyczyny i skutku. Zastosujmy analogiczne rozumowanie do każdego zdarzenia, a zrozumiemy jasno, co to jest przeznaczenie w świetle teorii reinkarnacji.

Jeżeli reinkarnacja jest faktem i człowiek sam tworzy swój los, to nie może być mowy o niesprawiedliwości. Gdyby było przeciwnie, gdyby los był zabawką nieznanej i samowolnej mocy lub też prostym przypadkiem, w takim razie panowałby wszędzie zupełny chaos moralny. Natomiast jeśli los jest wynikiem naszych własnych czynów, reinkarnacja jest logiczną koniecznością. Pojęcie reinkarnacji i pojęcia prawa i ładu moralnego są nierozdzielne i tylko wtedy, gdy zrozumiemy żeśmy już kiedyś żyli na ziemi, że każda nowa inkarnacja jest ściśle związana z poprzednimi, potrafimy dostrzec sprawiedliwość Boga i celowość każdego zdarzenia. Nie są one nigdy karą, tylko skutkiem, który ma nam wykazać metodą doświadczalną, co jest złe a co dobre, co twórcze a co destrukcyjne, słuszne lub niesłuszne.

Powróćmy na chwilę do wypadku, o którym wspomniałam w jednym z poprzednich rozdziałów: mianowicie człowieka niesłusznie wtrąconego do więzienia i wyobraźmy sobie, jak mógłby kapłan przemówić do niego, gdyby wiedza o reinkarnacji była dotąd ściśle w chrześcijaństwie przechowana. Przypuszczam, iż kapłan rzekłby co następuje: „Bracie cierpisz w tym życiu tak ciężko, bo w poprzednim okrutnie skrzywdziłeś niewinnego człowieka pozwalając z całą świadomością pójść mu do więzienia, by za tą cenę uratować się samemu. Teraz podobnego losu doświadczasz sam; czujesz zapewne jak straszny był ten twój czyn? Inaczej nie mógłbyś poznać brzydoty niesprawiedliwości wyrządzonej niegdyś krzywdy. Uważałeś się za sprytnego człowieka, który potrafi wykręcić się z trudnej sytuacji, byłeś niemal dumny i zadowolony z siebie, nie myśląc o tym drugim. Teraz, gdy wycierpiałeś dużo, wiesz jak to smakuje i może w przyszłości będziesz pamiętać, że na tym świecie rządzonym przez prawo Boże, każdy czyn pociąga za sobą odpowiedni skutek i musi być wyrównany. Więc nigdy już chyba nie będziesz tak okrutny względem bliźniego odkąd sam stałeś się ofiarą okrucieństwa. Rozumiesz teraz, że jest to naruszenie Prawa Miłości. Wycierpiałeś wiele, lecz teraz możesz podnieść czoło i śmiało stanąć przed światem, spłaciłeś bowiem na zawsze ciężki dług, jesteś wolny, możesz wejść na nową drogę życia. Pomogę ci wszystkim na co mię stać, a z pomocą miłości Chrystusowej życie twe stanie się wkrótce użyteczne i pogodne. Jeśli nawet uważasz obecną inkarnację za zmarnowaną dzięki tym nieuniknionym skutkom przeszłego błędu, to w każdym razie losy przyszłych inkarnacji zależą wyłącznie od ciebie, we własnym ręku trzymasz swój los, możesz go uczynić takim, jakim sam zechcesz. Odwróć się więc od przeszłości, patrz w jutro, w nowe i radośniejsze życie”.


Skutki czynów nie mogą okazać się niezwłoczne.

Jasne jest, że w przeciągu jednego krótkiego życia na ziemi nie możemy wyrównać wszystkich długów moralnych i fizycznych; a jeśli krzywdzimy bliźnich to jak, i gdzie, moglibyśmy wyrządzone krzywdy wyrównać? W niebie? Trudno jest zrozumieć, jak można dać zadośćuczynienie za czyn fizyczny w świecie duchowym. Nieraz człowiek nie rozumie, że źle uczynił, bo jest ślepy moralnie, gdyż brak mu doświadczenia. Wprawdzie, mógłby później w niebie poczuć żal za swój czyn i zrozumieć, że postąpił źle, ale jakże mógłby to naprawić? A niektórzy sądzą, że ma za ograniczoną ilość złych – choćby świadomie popełnianych czynów – doznawać przez nieograniczony czas cierpienia w piekle. Trudno zrozumieć logikę takiego rozumowania.

Ale czy taka kara przyniosłaby mu prawdziwą naukę, czy dałaby zadośćuczynienie za popełniony fizyczny czyn? Z punktu widzenia reinkarnacji każdy dług musi być spłacony na tym samym planie równowartościową „monetą”. Krzywda fizyczna lub mentalna musi być wyrównana fizycznie i materialnie, abyśmy nauczyli się unikać takich błędów w przyszłości; krzywda moralna przyniesie nam jako skutek moralne cierpienie, abyśmy mogli pojąć działanie prawa. Wyrównywania długów, zadośćuczynienia za krzywdy są możliwe tylko przy reinkarnacji.


Reinkarnacja wyjaśnia zagadnienie prawa dziedziczności.

Mówi się czasem, iż teoria reinkarnacji nie liczy się z dziedzicznością, tymczasem jest odwrotnie, wyjaśnia jej działanie. Prawa rządzące dziedzicznością są jeszcze mało znane, uczeni nie są pewni czy cechy charakteru i cnoty moralne są przekazywane dzieciom przez rodziców. W królestwach niższych potomstwo jest tak bardzo podobne do rodziców, iż nie jest zbyt trudno odnaleźć i sformułować pewne prawa; lecz u ludzi trudno jest wytłumaczyć ogromne nieraz różnice i odrębności umysłowe i moralne, choć fizycznie ogólne cechy charakterystyczne, wyglądu postaci i budowy postaci mogą być podobne.

Odpowiedź jaką na to daje nauka o reinkarnacji brzmi: ciało fizyczne dostarczają nam rodzice, lecz cechy umysłowe i moralne są własnością indywidualnej Jaźni. Więc każdy człowiek posiada oddziedziczone właściwości fizyczne oraz nadfizyczne swe własne, indywidualne, zdobyte własnym przyszłym życiem cechy. Dzieci mało rozwiniętych lub zbrodniczych rodziców są najczęściej moralnie i umysłowo ubogie, zarówno z powodu słabego rozwoju fizycznego mózgu i systemu nerwowego, jak i „dziecięctwa”, pierwotności indywidualnej duszy, która wcieliła się w tej rodzinie; czyli każda dusza jest przyciągana do takiej rodziny, narodu, warunków, gdzie jej cechy znajdą odpowiedni wyraz poprzez organizm fizyczny oddziedziczony po przodkach. Uzupełniając przyjęte prawo dziedziczności teorią reinkarnacji otrzymujemy jasny i logiczny obraz procesu ewolucyjnego.


Reinkarnacja wyjaśnia różnice moralne i umysłowe.

W jaki sposób możemy wytłumaczyć olbrzymie różnice moralne i umysłowe u poszczególnych jednostek bez przyjęcia reinkarnacji? Weźmy, jako przykład cztery typy ludzkie.

Najpierw spójrzmy na dzikiego Buszmena nie zdolnego do przyswajania sobie wiedzy wykraczającej poza prymitywne ciasne granice, obejmujące zaledwie elementarne kojarzenie pojęć; jego władze umysłowe są wątłe i nie wyrobione. Aby myśleć nie wystarcza posiadać mózg, potrzeba jeszcze mieć jakąś specjalną władzę, której nie udaje się rozwinąć u Buszmenów, nawet przy najstaranniejszych wysiłkach nauczycieli.

Następnie weźmy typ profesora matematyki, o umyśle giętkim, bystrym i lotnym jak strzała. Cóż stanowi zasadniczą pomiędzy nimi różnicę? Według pojęć religijnych dusze obu tych ludzi są jednakowe, choć różnica umysłowości jest oczywista. Czy zależy to jedynie od wpływu wdzięczności? Jeśli tak, można by słusznie przypuszczać, iż po śmierci wolne dusze, bytując w sferze gdzie dziedziczność nie ma wpływu, będą sobie równe, że potęga intelektu profesora i słabość umysłowa dzikiego przestaną istnieć. Co w takim razie pozostanie? Jakiś rodzaj świadomości duszy, nie mający chyba nic wspólnego z myślą, jakże więc mamy go sobie wyobrazić? Wiemy jednak z badań nauk psychicznych, że świadomość umysłowa profesora pozostaje po śmierci równie odrębna od dzikiego, jak za życia; z tego można by wywnioskować iż to, co nazywamy władzami umysłowymi, jest jedną z cech świadomości duszy, a więc jej rozwój u profesora jest znacznie wyższy niż u Buszmena. A jeśli uznajemy rozwój duszy i świadomości, będzie logicznym uznanie reinkarnacji, by tylko dzięki niej może odbywać się proces ewolucyjny i umysłowość Buszmena rozwinie się z czasem do poziomu owego profesora.

Jako trzeci typ weźmiemy jednego z arabskich przekupniów portowych, oblegających okręty w Port-Saidzie. Sprytny, chytry i rzutki, przebiegły i bez żadnych skrupułów, żądny za wszelką cenę zarobku, nie znający pojęć nawet najelementarniejszej uczciwości. Człowiek ten może wzbudzać podziw swą obrotnością i sprytem, ale nie etyką, o której nie ma najmniejszego pojęcia. Porównajmy go z człowiekiem stojącym na najwyższym stopniu kultury, o subtelnym poczuciu honoru i rzetelności; o jasnym i wyraźnym odróżnianiu delikatnych odcieni etyki, o wielkiej miłości bliźniego i wzniosłym ideale bezinteresownego służenia ludzkości. Czy dusze tych ludzi będą jednakowe? Jeśli tak, to materializm byłby najlogiczniejszą teorią, bowiem wysoka etyka jednego i amoralność drugiego, byłaby tylko skutkiem dziedziczności i wychowania. Tak rozumując doszlibyśmy do wniosku iż honor, moralność, poświęcenie, ofiarność oraz wszelkie wartości etyczne, które posiadają jedni, a których brak innym, muszą zginąć po śmierci, będąc tylko rezultatem fizycznej dziedziczności. Jest to oczywistą niedorzecznością, bowiem jeśli życie ma jakikolwiek cel i sens to cechy moralne i duchowe muszą być własnością naszej świadomości, a jeśli różnice w tym zakresie zaznaczają się wyraźnie już wkrótce po urodzeniu, to muszą wynikać z różnic i odrębności indywidualnych dusz.

Zasadniczą podstawą reinkarnacji jest twierdzenie, że różnice pomiędzy ludźmi nie są tworem kapryśnego przypadku czy niesprawiedliwego faworyzowania, ani ślepego działania prawa dziedziczności, lecz są skutkiem różnicy wieku i dojrzałości poszczególnych dusz. Każda zdolność umysłowa, każda wartość moralna, dobroć serca czy umiejętność twórcza, nie zostały nam dane jako dar z zewnątrz, lecz były zdobyte, obudzone i wyrobione trudem przez nas samych. Nikt nie może stworzyć dla nas takiego czy innego charakteru, ani obdarzyć nas taką czy inną naturą, rozwijamy ją i urabiamy sami, powoli, nieraz żmudnie, w wielkiej Szkole Życia


Dowody reinkarnacji - pamięć minionych wcieleń

Pamięć minionych wcieleń.

Choćby argumenty logiczne przemawiały za reinkarnacją, musimy zgodzić się, iż dopiero możność pamiętania minionych wcieleń byłaby dla nas dowodem ostatecznym. Wielu ludzi nie może przyjąć teorii reinkarnacji zanim nie otrzyma odpowiedzi na pytanie: „Dlaczego nie pamiętamy na tej ziemi?”. Tym pytaniem kwestionują oni nie tylko reinkarnację, ale i moralne usprawiedliwienie samego procesu wielokrotnych czynów popełnionych niegdyś w innym życiu, jeśli nie zachowujemy najlżejszej o nich pamięci? Moore zaznacza: „Już w starożytności powstał Epikur przeciw filozofii pytagorejskiej o wielokrotnych wcieleniach, mówiąc, iż jeśli dusza nie posiada pamięci poprzednich istnień, to nie ma poczucia tożsamości, a w takim razie skutki spadają, jakby na kogo innego, kto nie zna ich przyczyny, więc nie może stać się mądrzejszym i lepszym przez ponoszenie za nie odpowiedzialności”.

Jeśli nie istnieje pamięć przeszłości to dusza nie może czerpać wiedzy z długich doświadczeń nie będąc w stanie połączyć obecnego skutku z dawniejszą przyczyną; wobec tego reinkarnacja byłaby nonsensem, a cały proces ewolucji okrutnym i bezcelowym trudem. Nie tylko więc wartość i prawdopodobieństwo teorii reinkarnacji, ale i uznanie moralnego sensu całego procesu ewolucyjnego zależy od odpowiedzi na pytanie: „Czy istnieje pamięć przeszłości?” Jeśli tak, to reinkarnacja jest logiczną konsekwencją; jeśli nie, to jest fantastyczną bajką.

Zanim odpowiemy na to ważne pytanie, należy zastanowić się w jakiej formie zachowujemy pamięć zdarzeń swego obecnego życia. Dopiero zrozumiawszy jasno sposób działania pamięci w obrębie jednego wcielenia, będziemy mogli zastosować tę samą metodę do wcieleń poprzednich i w ten sposób udowodnić lub zaprzeczyć ich istnieniu.

Zastanówmy się, a stwierdzimy z całą pewnością, iż pamięć pierwszych lat życia jest zupełnie nie podobna do normalnej, obecnie działającej; pierwsze trzy lub cztery lata życia są zupełnie zamglone; wiemy, że świadomość nasza istniała, ale nie mamy po temu żadnego osobistego pamięciowego dowodu. Następnie stwierdzamy, że zasadniczo szczegóły zdarzeń z dawnych lat zatarły się w pamięci, że nie umiemy dobrze sobie przypomnieć wielu szczegółów z ostatniego roku, miesiąca, a nawet tygodnia. Często nie potrafimy sobie dokładnie przypomnieć, co robiliśmy wczoraj o danej godzinie, a tym bardziej cośmy wówczas mówili czy myśleli. Z tego widać, iż mózg pozwala nam zapominać wielką ilość szczegółów; istotnie jest to jedną z jego ważnych funkcji.

Cóż wiec pozostaje ze wszystkich przeżyć i myśli, które przeszły przez mózg? Możemy powiedzieć, iż tylko ich sumaryczne rezultaty.

Dzięki tym sumom rezultatów zdajemy sobie sprawę z ubiegłych doświadczeń. Umiemy dziś doskonale czytać, ale nie pamiętamy zupełnie tysięcznych szczegółów związanych z nauka czytania – miejsca, ani okoliczności, towarzyszących poznawaniu liter, pisowni i składni. Wiemy, iż musieliśmy uczyć się tego, ale nie dlatego, że pamiętamy sam proces nauki, lecz po prostu dlatego, że dziś umiemy czytać; zdobyta umiejętność jest jedynym dowodem, że w przeszłości musieliśmy podjąć wiele wysiłków i pracy, by ją posiąść.

Inny przykład. Nikt nie włoży wody do wrzącej wody. Dlaczego? Nie dlatego, że niedawno się sparzył, lecz dlatego, że we wczesnym dzieciństwie, z którego nic już nie pamięta, musiał mieć jakieś osobiste, zapewne bolesne, doświadczenie. Mogliśmy zupełnie zapomnieć o samym fakcie, lecz wspomnienie pozostało w dzisiejszej instynktownej ostrożności. Właśnie ten instynkt czy odruch, jest syntetyczną pamięcią dawnego doświadczenia. Setki takich instynktów i odruchów rządzi naszymi czynnościami.

Ludzie o wysokim pojęciu honoru i uczciwości nie potrafią kłamać, gdyż sprzeciwiałoby się to ich wewnętrznemu „instynktowi”. Być może, iż w dzieciństwie rozmijali się nieraz z prawdą, dopóki wielokrotne nauki nie zasiliły w nich wewnętrznego przekonania, podobnego do instynktu, że kłamstwo jest niegodne uczciwego człowieka. Pamięć, jak się to przekonanie utrwalało znika, ale cecha charakteru pozostała.

Z tych przykładów widzimy jasnom, w jaki sposób funkcjonuje pamięć. Zapominamy mnóstwo szczegółów lecz wyciągamy z nich stale pewne wnioski; tak się wyrabiają pewne skłonności, cechy, talenty i wewnętrzne „instynkty”. Niezliczone szczegóły byłyby niepotrzebnym balastem dla umysłu, stanowiłyby przeszkodę w szybkości jego działania; natomiast syntetyczne wnioski przeżyć są ważne, bowiem w każdej chwili daje się je zużytkować praktycznie.

Wróćmy do kwestii reinkarnacji i zastanówmy się, czy w takich skrótach pamięci nie można odnaleźć oznak poprzedniego żywota na ziemi. Oczywiści należy przede wszystkim badać charakterystyczne wrodzone cechy dzieci, gdyż właśnie w ich psychice taką pamięć można dostrzec najłatwiej. Prawdopodobnie wielu czytelników zna sporo podobnych skrótów pamięci, lecz nigdy nie przychodziło im na myśl uważać je za wspomnienia przeszłych wcieleń, po prostu dlatego, że nie spotykali się z teorią reinkarnacji.

Rozpatrzmy więc różne odmiany tej pamięci przeszłości.


Wrodzone zdolności u dzieci.

Uderzają nas u dzieci różnice zarówno umysłowe, jak moralne. Nawet w jednej rodzinie, a niekiedy u bliźniąt; które rozwijały się wszak i przed urodzeniem w identycznych warunkach i podlegały jednakowym wpływom.

Jedno dziecko instynktownie zwraca się ku sztuce i spędza czas z największą przyjemnością, nad rysunkami i obrazkami i samo wciąż kreśli i maluje; inne natomiast lubuje się w narzędziach, majstruje koło jakichś wież i gmachów, a gdy trochę podrośnie przepada za wszelkiego rodzaju warsztatami, lubi maszyny, bada ich budowę itp. Inne wcześnie zdradza spryt kombinatorski, zaniedbuje naukę, jest złym uczniem w szkole, gdyż wciąż zaprzątają jego uwagę i zajmują czas różne wymiany, handle, sprzedawanie i nabywanie od kolegów rozmaitych przedmiotów. A jeszcze inne pochłania książki, marzy, żyje więcej w świecie wyobraźni niż w tym, który je otacza.

Obserwowanie tych różnorodnych, tak odmiennych, a wyraźnie zaznaczających się typów już we wczesnym dzieciństwie, może nieraz wprawić w głębokie zakłopotanie wyznawców dziedziczności; gdyż często można zauważyć u dzieci wiele cech nieobecnych zarówno u rodziców, jak i u dalszej rodziny. Przy tym te wrodzone skłonności zdradzają się wcześnie, nie rzadko wśród najmniej sprzyjających warunków i jakby na przekór otoczeniu.

Czy te wrodzone cechy dziecka nie wykazują jasno zasadniczych linii jego rozwoju w poprzednich wcieleniach i czy nie są same przez się syntetyczną pamięcią przeszłości?

Czy nie jest logicznym w takich razach przypuszczenie, że dusza o talencie muzycznym po paru poprzednich inkarnacjach, w których uprawiała muzykę, będzie jako dziecko zdradzała niezwykłe zdolności i zamiłowanie do muzyki? Że urodzi się w rodzinie muzykalnej, aby mogła otrzymać odpowiednie wykształcenie, odziedziczyć świetny słuch oraz subtelny i wrażliwy system nerwowy, rozwijany specjalnie w tym kierunku przez kilka pokoleń? Równie logiczne jest przypuszczenie, że jeśli muzyka nie pociągała danej indywidualności w poprzednich wcieleniach, najusilniejsza nauka i najcierpliwsze ćwiczenia nie zdołają obudzić do niej zamiłowania w obecnym życiu. Sądzę że nauczycielom muzyki przypuszczenie to trafi do przekonania, bo aż nazbyt często oczekuje się od nich cudownego przekształcenia przeciętnych i tępych uczniów w artystów.

Gdy powracamy z wyższych, niewidzialnych światów na ziemię i bierzemy w posiadanie nowe ciało fizyczne, by zacząć jeszcze jeden dzień nauki w wielkiej Szkole Życia, nie przynosimy ze sobą istotnie pełnej i szczegółowej pamięci długich wieków ubiegłych wcieleń, jakie mamy za sobą, bo żaden mózg nie byłby, tak pojemny, aby zamknąć w sobie całkowitą wiedzę duszy. Natomiast przejawiamy szereg skłonności, cech i upodobań, które są bezsprzecznie wynikiem naszych przeżyć, wysiłków i prac w odległej przeszłości; przy tym owe zdolności i zamiłowania wyrażają się w formie odpowiedniej dla bezpośredniego przejawiania ich w obecnym życiu. A więc wrodzone cechy i tendencje są dalszym ciągiem działalności i upodobań minionych, a wiedza raz zdobyta nie marnuje się nigdy, nawet w świecie fizycznym, w swym praktycznym zastosowaniu. Chłopiec mający wrodzoną umiejętność używania różnych narzędzi oraz zdolność do rzemiosł i robót ręcznych, mógł być niegdyś sprawnym artystą-rzemieślnikiem. Inny który przewodzi z zapałem w szkolnych zabawach, zagrzewając towarzyszy do dzielnej i bohaterskiej walki, był zapewne w poprzednich wcieleniach wojownikiem lub rycerzem. A dziecko lubiące marzyć, zamyślone, wsłuchujące się w szmery lasu i szum morza, kochające wszystko co piękne, mogło być poetą, pieśniarzem dawnych wieków. Inne, o zamiłowaniu do wymiany i drobnych transakcji, do handlu – mogło być niegdyś zdolnym kupcem; a dziecko, które pociągają zagadnienia oderwane, obrzędy religijne, ideały dobroci i braterstwa, mogło być kapłanem lub filozofem.

W zabawach dziewcząt można często obserwować subtelne przejawy instynktu macierzyńskiego, które może być wspomnieniem znanej im z przeszłości, głębokiej miłości macierzyńskiej.

W świetle nauki o reinkarnacji wszystkie instynkty znajdują logiczne uzasadnienie. Dlaczego kurczę zaledwie wyjęte z jaja, ucieka szukając okrycia na sam widok cienia jastrzębich skrzydeł na ziemi? To instynkt, mówimy. Ale samo słowo „instynkt” nic nie tłumaczy. Dopiero, gdy w tym instynkcie kurczęcia dopatrzymy się działania pamięci przeszłości, należącej do całej grupy jego rodzaju, co jest rezultatem niejednokrotnej śmierci wielu kur w szponach jastrzębia, wówczas sprawa tłumaczy się jasno.


Zdolność przyjmowania nowych idei.

Jakieś nowe pojęcie, nową prawdę, przedstawia się dwu słuchaczom o jednakowym wykształceniu i widnokręgu umysłowym. Jeden chwyta w lot jej znaczenie, a drugi pomimo wysiłku i dobrej woli nie może jej ogarnąć. A gdy po pewnym czasie poruszymy wobec tych ludzi jakieś inne pojęcie, zobaczymy, że role się odwróciły. Pierwszy przyjmuje to obojętnie, drugi jest porwany zapałem. Czy istnieje bardziej logiczne wytłumaczenie tego zjawiska aniżeli przypuszczenie, że natychmiastowe, żywe odczucie jakiejś prawdy jest skutkiem przypomnienia życia, gdy była nam znana, a może nawet bliska sercu? Wiele przemawia za tym, że prawdy, która by dla nas była zupełnie nową, nie moglibyśmy przyjąć zupełnie od razu. Musimy nieraz poświęcić wiele trudu i czasu, zanim nowe pojęcie utoruje sobie niejako drogę do naszego umysłu, zanim zdołamy je ogarnąć. Szybkość zrozumienia i oddźwięku polega na przypomnieniu sobie czegoś, cośmy dobrze znali w poprzednich wcieleniach.


Zdolność uogólniania na podstawie jednej obserwacji.

Są ludzie o naturze wrażliwej i intuicyjnej, którzy umieją dojrzeć i sformułować jakieś prawo powszechne na podstawie jednej obserwacji, jednorazowego zapoznania się z pewnym zjawiskiem. Nieraz jedno spostrzeżenie, na które ogół nie reaguje, u wyjątkowych ludzi porusza jakby nagromadzone pokłady dawnych doświadczeń i prowadzi do syntetycznego wniosku, a nieraz dojrzałego sądu o całym zespole zjawisk, czyli do sformułowania powszechnego, acz dotychczas nieuchwytnego prawa.

Dlaczego niektórzy ludzie posiadają tak szczególny dar? Skąd np. młoda kobieta, wychowana z dala od brudu i nędzy życia, w wysokiej kulturze i czystym otoczeniu, potrafi do głębi rozumieć tragedie swych sióstr z nizin społecznych, prostytutek, tą całą mroczną i straszną stronę życia, z którą osobiście nigdy się nie zetknęła? Skąd się w niej jawi ta przenikliwa, rozumiejąca mądrość i żywe odczucie? Skąd ma tak wszechstronną i głęboką znajomość dobra i zła, niebezpieczeństw i słabości ludzkiej natury? Zwiemy to nieraz intuicją, lecz czymże jest intuicja, jeśli nie głosem przeszłych doświadczeń?

Głębokie, wszechogarniające współczucie i rozumienie, które budzą się w sercach pewnych ludzi pod wpływem jakiegoś nagłego ciosu czy osobistego bólu, tak, iż odtąd niczyje cierpienie czy poniewierka nie mogą im już być obojętne, nie jest również niczym innym, jak nagłym obudzeniem się dawno nagromadzonych wspomnień z własnej przeszłości.


Zdolność rozumienia przeżyć, niedoświadczonych osobiście.

Zastanawiającą jest również zdolność wielu mówców lub powieściopisarzy, którzy odczuwają i rozumieją przeżycia i stany psychiczne, którzy sami w tym życiu nigdy nie doznali. Ciekawym przykładem jest pisarz angielski, Wiliam Sharp, znany pod pseudonimem kobiecym Fiony Macleond; mężczyzna o takiej przenikliwości, subtelności i zrozumieniu psychologii kobiecej, że czytając jego utwory trudno uwierzyć, aby to mógł napisać mężczyzna. Wielu dramaturgów potrafiło odtworzyć z wielką siła i prawdą wielorakie, skrajnie różne charaktery. Czy nie wypada uznać za prawdopodobne, że niezwykła zdolność wnikania i rozumienia najbardziej złożonych tajników natury ludzkiej, została zdobyta niegdyś przez własne doświadczenia, że jest wyrazem wiedzy duszy, która budzi się w autorze i umożliwia mu najgłębsze wczucia się, dzięki tej sumarycznej pamięci.


Aspiracje przewyższające zdolności.

Nieraz widzimy ludzi, których pragnienia i dążności przewyższają znacznie ich umiejętności i zdolność realizacyjną. Pomimo największych wysiłków nie udaje się im osiągnąć celu i raz po raz ponoszą klęski; myśli ich i marzenia przewyższają zdolności mózgu, tęsknoty wznoszą się ponad możliwości wykonawcze. Gdybyśmy chcieli w tym wypadku tłumaczyć sprawę dziedzicznością, nie byłoby to przekonywujące, albowiem umysłowość w której rodzą się aspiracje, będąca wytworem mózgu, nie mogłaby przewyższać jego dziedzicznych kwalifikacji. Można to raczej rozumieć w świetle nauki o reinkarnacji, gdyż aspiracje i tęsknoty mogą być rezultatem przeszłych osiągnięć, to jest dorobku dawnych wcieleń, a spełnienie ich w tym życiu staje się trudne wskutek ograniczeń, któreśmy niegdyś sami stworzyli, nie korzystając ze sposobności, zaniedbując lub przeoczając odpowiednią chwilę, dzięki np. niedbalstwu lub lenistwu. Trzeba więc zrozumieć, że wszelkie, uzdolnienia powinny być czynnie ćwiczone i wyrażane choćby z wysiłkiem, aby nie uległy atrofii.

Jeśli podczas jednego istnienia na ziemi opuszczamy i nie wykorzystujemy sposobności, by rozwijać swe uzdolniania, to w następnym napotykamy na przeszkody fizyczne, jeszcze bardziej utrudniające wyrażanie tych zdolności.


Świadomość dziecka odzwierciedla w skrócie przeszłość.

Wielokrotne zwracano uwagę na osobliwe zmiany, przez jakie w swym rozwoju przechodzi świadomość dziecka. Wiele dzieci w swej wczesnej młodości zachowuje się jak prawdziwi mali dzikusi, są okrutne, bez serca i bezwzględnie egoistyczne. W miarę, jak podrastają wchodzą kolejno w okres bohaterskich walk, w nastroje zdobywcze, a potem w okres bliższy cywilizacji. Niektóre dzieci dojrzewają wcześniej, inne później, a stopień dojrzałości waha się w szerokich granicach. Niektóre dzieci w dziesiątym roku życia są podobne starym ludziom, inni ludzie po czterdziestce są jak niemądrzy, swawolni chłopcy. Nauka tłumaczy to twierdząc, iż dziecko przeżywa w pewnym skrócie całą fizyczną ewolucję przeszłości; w świetle reinkarnacji zaś wypada, że dziecko powtarza kolejno w streszczeniu szereg swych indywidualnych przeszłych wcieleń, co wydaje się bardziej logiczne, ponieważ mamy tu do czynienia ze zmianami świadomości, a nie tylko ze wzrostem struktur komórkowych.


Wrodzone skłonności cnoty lub występku.

Wiele dzieci, choć są potomstwem uczciwych rodziców i przodków, i są otoczone od pierwszych lat pieczołowitością, dobrocią i najlepszym przykładem, przejawia nie wiadomo skąd powstałe złe instynkty i skłonności do występku. A kiedy indziej odwrotnie: dzieci urodzone w atmosferze zbrodni, nędzy i najgorszego otoczenia, zdradzają dodatnie, piękne i szlachetne cechy. Ta wrodzono indywidualna skłonność do występku lub cnoty nie jest niczym innym, jak budzeniem się dawnych cech, posiadanych w ostatnim wcieleniu. Właściwie i głos sumienia jest pamięcią przeszłych decyzji i wyboru pomiędzy dobrem a złem. Im więcej tych doświadczeń mamy za sobą, tym „sumienie” jest subtelniejsze, bardziej stanowcze, imperatywne, tak iż zmusza całą naszą naturę do posłuszeństwa.


Geniusz.

Jedną z najbardziej uderzającą form pamięci minionych wcieleń jest geniusz. Jest on tak szczególny, wystrzela tak niespodziewanie i niezależnie od praw dziedziczności, że zwraca specjalną uwagę psychologów. Rodzina, w której pojawia się dziecko genialne, rzadko wyróżnia się czymś nieprzeciętnym, zarówno w dzisiejszych jak i w poprzednich pokoleniach. Natomiast potomstwo człowieka genialnego niemal nigdy nie jest wybitne. Genialności nie dziedziczy się. Z punktu widzenia reinkarnacji, jest ona rezultatem całych wieków doświadczeń, zwycięstw i osiągnięć duszy; na geniusz, w jakiejkolwiek dziedzinie – matematyce, muzyce, malarstwie – składają się wieki pracy, a do wypowiedzenia się dusza potrzebuje odpowiedniego ciała fizycznego, specjalnej wrażliwości i odbiorczości. Dzięki przeszłemu doświadczeniu geniusz z łatwością może uczynić to, co inny człowiek, mimo posiadania odpowiednich zdolności z trudem, tylko po wielu wysiłkach i niepowodzeniach zadziałać potrafi.

Przejawienie się każdego talentu zależy od dwu nieodzownych czynników, pierwszym jest Dusza, Jaźń, czyli świadomość, która dzięki długim doświadczeniom w szeregu wcieleń, obudziła w sobie i rozwineła w bardzo wysokim stopniu taką lub inną zdolność; drugim jest odpowiednie narzędzie, czyli ciało fizyczne o niezmiernie wrażliwym systemie nerwowym, umożliwiającym wyrażanie danego talentu.


Cechy kobiece u mężczyzn i męskie u kobiet.

Dość częstym zjawiskiem są ludzie, których charakter i umysłowość nie odpowiadają ich płci. Wiele kobiet w swych poglądach na życie, w sposobie rozumowania i przyjmowania wrażeń, a nawet w czynach, zdradza przewagę cech męskich nad kobiecymi. I odwrotnie: niektórzy mężczyźni odznaczają się wrażliwością, miękkością oraz intuicją wybitnie kobiecą.*(W rozdziale książki „O miłości”, „Płeć przejściowa” Edward Carpenter porusza temat o którym dalej.) Teoria reinkarnacji twierdzi, że dusza wciela się w męskie, to znów w kobiece ciało, aby łatwiej wyobrazić sobie różnorodne cechy, gdyż dla wszechstronnej pełni człowieczeństwa trzeba rozwinąć zarówno męskie, jak kobiece. Gdy po paru inkarnacjach w ciele męskim dusza przechodzi w kształt kobiecy, jest jakby do niego jeszcze nie przyzwyczajona; cechy zdobyte w doświadczeniach ostatnich wcieleń przeważają i wybitnie zabarwiają charakter. Bowiem psychika nie może się od razu o nowe cechy rozszerzyć, a zdobyte właściwości dopełniających może zająć parę inkarnacji. Więc natura nasza, temperament i charakter zależą od doświadczeń poprzednich istnień.


Niewytłumaczalny lęk.

Psychologowie zastanawiali się nieraz nad pochodzeniem dziwnych, żywiołowych napadów przerażenia czy strachu, powstających nagle w podświadomości bez widocznego powodu, wbrew zdrowemu rozsądkowi, a nawet nieraz pomimo największych wysiłków woli, aby je opanować. Podobne ataki lęku usiłowano tłumaczyć bądź wpływem psychicznym matki w okresie brzemienności, bądź niejasnym, nierozumianym wspomnieniem stłumionych i zapomnianych lęków z pierwszych lat dzieciństwa. Wyjaśnienia te jednak nie wystarczają. Z punktu widzenia teorii reinkarnacji są to głuche przypomnienia teorii jakichś strasznych przeżyć w poprzednich wcieleniach, wywołanych przez nieoczekiwane skojarzenia, pod wpływem niemal niedostrzegalnych bodźców zewnętrznych. Np. lęk przed wodą lub ogniem, może być spowodowany wspomnieniem śmierci, w którymś z tych żywiołów, itd.


Nagła przyjaźń i miłość.

Ciekawym, dość często spotykanym przykładem pamięci dawnych istnień i przeżyć są nagłe, od pierwszego wejrzenia zapalające się uczucia. Dwoje ludzi spotyka się po raz pierwszy i w tej jednej chwili pociąga ich ku sobie nieprzeparta moc budzi się w nich uczucie miłości tak silne, że nie mogą mu się oprzeć, a trwa lata całe, nieraz do końca życia. Nie jest to kwestią powinowactwa czy też dopełniania się natur, mogą one być zupełnie odrębne i w niczym zewnętrznym do siebie nie podobne. Teoria reinkarnacji mówi: znali się oni przed wiekami, łączyła ich już wówczas więź wielkiego uczucia, a spotykając się w tym życiu „poznają się” od pierwszego wejrzenia. Wzajemne zaufanie, rozumienie się, miłość, gotowość poświęcenia wszystkiego, to jeno dalszy ciąg dawniejszego współżycia w rodzinie czy przyjaźni. Miłość rozwija się, rośnie, potężnieje, staje się coraz głębsza i bogatsza poprzez wiele żywotów.

Ludzi, których kiedykolwiek łączyła prawdziwa miłość nic nie może rozdzielić. Spotykają się oni wciąż w różnych wcieleniach, a związek ich ciągle się wzbogaca i urasta w wielkość. Za każdym nowym żywotem, gdy spotykają się po raz pierwszy, płomień miłości ukryty w duszach wybucha znów, tylko pozornie niespodziewanie, a właściwie w prostej i nieprzerwanej ciągłości. Spotkanie takiego prawdziwego związku miłości jest jednym z najpiękniejszych zjawisk życia, jest najgłębszym szczęściem, które jego zmaganie czyni lekkim i radosnym.


Poznawanie miejscowości której nigdy się nie widziało.

Jednym z najczęstszych doświadczeń przemawiających za reinkarnacją, jest uczucie przypomnienia na widok miejscowości, których się w ciągu obecnego życia nigdy nie widziało. Człowiek przyjeżdża po raz pierwszy do miasta, chodzi po ulicach, ogląda zabytki z narzucającym się uczuciem, iż są mu od dawna doskonale znane. Nieraz nawet przypomina sobie szczegóły, wie co ujrzy na zakręcie ulicy. Przy tym w starych częściach miasta czuje się jak u siebie w domu, nowe zaś są mu obce.

Podobnie przyjeżdżając po raz pierwszy do jakiegoś kraju, zdarza się nieraz że człowiek czuje się jakby wracał do dawno opuszczonej ojczyzny, którą rozumie i kocha. Niektórzy czują to przyjeżdżając do Anglii, Francji, czy Włoch, inni w Grecji, Egipcie lub Indii. A wrażenie to nie zależy od czytania, czy zebranych wiadomości, gdyż nie raz nie wie się niemal nic o tym kraju, a uczucie swojskości i przypomnienia jest niezmiernie silne. Czyż wszystko to jest „grą nerwów”, czy też są to słabe wspomnienia z innych żywotów, spędzonych w tym lub innym kraju?

W tych wszystkich przykładach mamy do czynienia z tym samym rodzajem działania pamięci, co w obrębie aktualnego życia; uważając je za wspomnienia z dawnych żyć nie wprowadzamy żadnej nowej zasady, gdyż pamięć działa ściśle w ten sam sposób w jednym jak i w ciągu wielu żywotów.


Szczegółowa pamięć minionych wcieleń.

Jeśli reinkarnacja jest prawem ewolucji, metodą rozwoju moralnego ludzkości, to należy przypuszczać, że musi istnieć w nas całkowita i szczegółowa pamięć ciągłości i logiki wszelkich zdobytych doświadczeń, gdyż inaczej nie moglibyśmy pojąć w czym mianowicie nasz obecny los jest skutkiem przeszłych czynów i myśli – i nie moglibyśmy wyciągnąć wniosków i nauk, nie widząc ich bezpośredniego przyczynowego związku. Gdzież więc jest w nas siedlisko tej pamięci?

W ostatnich latach wielu psychologów poczyniło znamienne badania nad pamięcią drzemiącą w nas w stanie ukrytym. Stwierdzono, że w czasie półsnu lub snu hypnotycznego, ludzie z łatwością przypominali sobie zdarzenia z dawnych lat, zupełnie w stanie normalnym zapomniane. Na jednym posiedzeniu badany opowiedział z największą dokładnością, gdzie znajdował się pewnego popołudnia dwanaście lat temu, jak był ubrany, co i do kogo mówił, co jadł, jak wyglądało otoczenie itd. W stanie normalnym nie przypominał sobie nic z tego.

Czyniono wiele doświadczeń, wykazujących, iż w naszej świadomości, a raczej w podświadomym, drzemie niezliczona ilość szczegółowych wspomnień z przeszłości, o których istnieniu nie wiemy zazwyczaj nic. Wspomnienia te powstają dopiero w specjalnych okolicznościach. Wskazuje to, iż nie jest argumentem przeciwko reinkarnacji nie pamiętanie przeszłych wcieleń. Argument ten jest obosieczny, bo gdybyśmy chcieli tą drogą udowodnić, że nie żyliśmy na ziemi poprzednio, to równie dobrze można by dowieść, iż wiele zdarzeń z dzieciństwa nie istniało, ponieważ nie zachowaliśmy o nich pamięci w normalnej świadomości.

Zachodzi więc pytanie: jeśli możliwe jest w specjalnych warunkach obudzić, a raczej wydobyć na powierzchnię świadomości, najszczegółowsze przypomnienia z dawnych lat, to czy nie byłoby możliwe w podobny sposób cofnąć pamięć jeszcze bardziej wstecz, sięgając do jeszcze głębszych pokładów wspomnień?

Paru uczonych francuskich, mianowicie słynny de Rochas i prof. Geley, twierdzą na podstawie przeprowadzonych badań, że jest to zupełnie możliwe, że w szeregu doświadczeń próbowali cofać pamięć swych pacjentów pogrążonych w sen hypnotyczny, po za obręb obecnego wcielenia. Udawało się im osiągnąć niezmiernie ciekawe rezultaty: cofając pamięć tych osób o kilka inkarnacji wstecz, otrzymali liczne szczegółowe informacje z dalekiej przeszłości, których część mogli sprawdzić. Poza cztery inkarnacje, oddzielone jedna od drugiej okresem przebywania w świecie niewidzialnym, o których nie dawno żadnych szczegółów prócz wykrzyknika „o jakie szczęście!”, nie zdołali cofnąć pamięci osób badanych, wskutek nadmiernego ich naprężenia i wysiłku. Jeśli doświadczenia te*(Galey: „De I Inconscient au Conscient”) nie są ostatecznym dowodem reinkarnacji, to w każdym razie poważnym przyczynkiem i wskazówką gdzie i jak, należy szukać tych niezbitych dowodów.

Nieraz wspomnienia przeszłych wcieleń pojawiają się w świadomości lecz są to zazwyczaj fragmenty, nie mogące służyć jako dowody; któż bowiem stwierdzi czy obraz domu lub dawno przeżytej sceny lub przypomnienie rodzaju poniesionej śmierci, jest prawdziwe, jeśli nie możemy przypomnieć sobie szczegółowych danych, łatwych do sprawdzenia, jak kraju, miejscowości i daty.

Dzieci pamiętają fragmenty poprzednich inkarnacji o wiele częściej niż dorośli; prawdopodobnie dlatego, że mózg ich jest o wiele plastyczniejszy i wrażliwszy i mniej ich dzieli od tamtych okresów. Na nieszczęście większość rodziców, nie mając pojęcia o reinkarnacji, strofuje, a nawet karze dzieci, gdy naiwnie opowiadają zdarzenia, w których brały udział. Nazywa się to kłamstwem, fantazją i usiłuje się je wypleniać. Gdybyśmy jednak trochę więcej rozumieli dzieci, moglibyśmy nauczyć się wiele z ich wspomnień.

Czasem zamiast przebywać długi okres pomiędzy jedną inkarnacją a drugą w światach niewidzialnych, dusza bardzo prędko powraca na ziemię w nowe fizyczne ciało, które zbudowała sobie w poprzednim wcieleniu. W tym wypadku możliwość pamięci wielu szczegółów ostatniego życia jest znacznie większa. Są to jednak wypadki bardzo rzadkie; tylko wysoko rozwinięte, pod kierunkiem wielkiego Guru – nauczyciela duchowego – pozostające dusze, stać na tak ogromny wysiłek i natężenie paru bezpośrednio po sobie następujących wcieleń, rezygnując dobrowolnie z dłuższego okresu „wypoczynku”, jakim jest Dewakan. Jednak w ostatnim ćwierćwieczu liczni badacze zauważyli, że duża ilość dusz ludzi poległych w ostatniej wojnie, spośród największych idealistów i bohaterów, którzy szli świadomie na ofiarną śmierć za ojczyznę, za „wielką sprawę”, za ideał, powraca na ziemię o wiele szybciej. Można przypuszczać, że tą sposobność przyspieszania swej ewolucji zdobyli poświęceniem i bohaterstwem, więc zapewne odegrają ważną rolę w nadchodzącej epoce odbudowy i odrodzenia. Możemy również przypuszczać, iż z dzieci urodzonych w ostatnich 15-stu latach wiele przyniesie żywe wspomnienie swych doświadczeń.

Jeśli przewidywania niniejsze sprawdzą się, będzie to przekonywującym dowodem reinkarnacji, tak, że nikt z ludzi myślących nie zdoła tego pojęcia definitywnie odrzucić.


Dlaczego nie pamiętamy szczegółów przeszłości.

Przede wszystkim dlatego, że ani nasz mózg, ani narzędzie uczuciowe lub myślowe, których dziś używamy, nie służy nam jako takie w przeszłości. Przebyły one doświadczenia i bodźce tylko w obecnym życiu, więc tylko te wrażenia normalnie zachowują w pamięci; wyższą zaś pamięć, ducha, ujawniają tylko w wyjątkowych chwilach napięcia lub wzniesień.

Szczegółową pamięć wszystkich wcieleń posiada nasz nieśmiertelny Duch; gdy wznosimy się świadomością w jego sferę – co nie jest dziś wśród ludzi rzadkością – możemy odbijać w mózgu całą skalę wspomnień. Znam osobiście conajmniej z dziesięciu, ze wszech miar wiarygodnych i poważnych ludzi, którzy z największą łatwością widzą swą wielowiekową przyszłość; a więcej drugie tyle, którzy pamiętają z uderzającą jasnością główną linię wytyczną wielu wcieleń, najważniejsze przeżycia i doznania, co zaważyły decydująco na całym szeregu ich żywotów na ziemi, aż do obecnego włącznie.

Dlaczego to sama treść naszej świadomości, jej niezniszczalny ośrodek jest w możności zawsze rozumieć znaczenie każdej nauki, które to znaczenie zwykłej, niższej świadomości nieraz się wymyka. Innymi słowy dla nadświadomości – Jaźni, czyli Ducha – nie ma najmniejszej niesprawiedliwości w przeznaczeniu. Tylko niższej świadomości, ograniczonej pod względem wiedzy i pamięci do jednego życia, zdawać się może, że światem rządzą niesprawiedliwość i przypadek.


Potrzeba zapomnienia.

Zastanówmy się nieco, a stwierdzimy, że pamięć przeszłych wcieleń nie jest najbardziej pożyteczna, może nawet odwrotnie, zbyt szczegółowa pamięć byłaby przeszkodą, a nie pomocą. Możemy np. być pewni żeśmy w przeszłości popełniali wiele błędów i „grzechów”, gdyż tylko właśnie doświadczenia mogły rozwinąć w nas siłę wewnętrzną, samodzielność, czujność i zdolności rozpoznawcze. Potem mogliśmy poznać te błędy, rozszerzyć pojmowanie i urosnąć wewnętrznie tak, iż nasze ostatnie wcielenia były już jaśniejsze; a gdybyśmy wciąż pamiętali zdarzenia i „grzeszne” czyny dalekiej przeszłości, mielibyśmy do czynienia z nadmiarem przykrych, przygnębiających wspomnień, co odbierałoby nam wiarę w siebie i siłę. Gdyby podobne wspomnienia osaczały dziecko w trudnym wieku przełomowym, jakże smutny byłby tego rezultat! Wpływ ich mógłby działać wręcz destrukcyjnie, a nawet przyczyniać się do zmarnowania całej inkarnacji. Najlepszym sposobem zabezpieczenia od przygnębiających i bolesnych wpływów wspomnień, jest usunięcie z pamięci szczegółów dawnych przewinień i błędów, pozostawiając syntetyczną pamięć przeżyć jako zdobyte doświadczenia i czujność sumienia.

Weźmy inny przykład. Przypuśćmy, że w którejś z przeszłych inkarnacji nienawidziliśmy jakiegoś dobrego, uczciwego człowieka, czy to przez zazdrość, czy błędne przypuszczenie, że nas skrzywdził. Zaślepieni niechęcią nie mogliśmy w nim widzieć stron dodatnich, ani prawdziwej wartości. Jakże ogromną przeszkodą byłaby dokładna pamięć takiej dawnej nienawiści u progu nowej inkarnacji! Uniemożliwiałaby nam zbliżenie się jakby na nowo do tego człowieka i utrudniałaby bezstronną ocenę i zniweczenie niechęci.

A więc wcale nie pamięć jest najużyteczniejszą dla naszego rozwoju; rozpoczynanie nowego życia z brzemieniem wspomnień przeszłych grzechów i błędów, nienawiści religijnych i rasowych, z wyrzutami sumienia, przygnębieniem i bezwiarą, byłoby tak trudne i ciężkie, że zamiast pomagać i przyśpieszać, opóźniałoby znacznie nasz rozwój.

Nie pamiętając szczegółów przeszłości nie możemy też przewidywać przyszłości; jedno i drugie jest bezcelowe i destrukcyjne; wszak oczekiwanie przykrych zdarzeń i „przeznaczonych” nieszczęść uczyniłoby nam życie nieznośnym.


Możliwość badania przeszłych wcieleń.

Na pewnym wysokim stopniu rozwoju, po długim urabianiu i ćwiczeniu władz zarówno fizycznych, jak i moralnych i umysłowych, istnieje możliwość obudzenia w sobie specjalnych zdolności, które nam umożliwiają bezpośrednie badanie i to w najdrobniejszych szczegółach, minionych inkarnacji, czy to własnych, czy innych ludzi.

W sferze Myśli Kosmicznej* (Patrz „Człowiek we Wszechświecie” C. Dżinarajadasa, Biblioteka Polsko-Indyjska. Madras 1957r.) istnieje dziedzina Pamięci, w której odbija się i utrwala każde zdarzenie fizyczne, każde pragnienie, myśli, uczucie, zarówno człowieka, jak i wszelkiej istoty żyjącej, z fotograficzną dokładnością. Jest to niejako „archiwum kosmiczne”; z niego badacz, który wzniósł swą świadomość dość wysoko, może czerpać dane o całej przeszłości i dawnych istnieniach człowieka; widzi wówczas przesuwające się przed nim obrazy na podobieństwo żywych filmowych zdjęć. Dziś mamy zaledwie kilku takich badaczy; dla nich reinkarnacja jest niezbicie stwierdzonym faktem; ale każdy z nas będzie z czasem w stanie te zdolności w sobie rozwinąć.


Nadzieja ludzkości

Chaos moralny i postępy przyziemnego materializmu sprawiają, że ludzie nie czują dziś obecności ducha we wszechświecie, ani istnienia jakiś moralnych praw; staje się to coraz bardziej groźne i niebezpieczne dla całej cywilizacji i kultury ludzkości; historia uczy nas bowiem, że ilekroć blednie i przygasa płomień duchowej wiedzy, ilekroć znika zainteresowanie sprawami duszy, obniża się jednocześnie poziom etyki społecznej i pomimo znacznego rozwoju umysłowego ogółu, dana cywilizacja nieuchronnie chyli się ku upadkowi. Studia historyczne mogą nas o tym przekonać; ileż to cywilizacji i kultur zmierzchło i zniknęło, gdy traciły ideały, gdy oddalały się od swych wyższych celów i zaprzeczały moralnym prawdom.

Ludzkość znajduje się dziś w takim groźnym okresie przełomu. Rozum człowieka dokonał cudów w dziedzinie nauki, wynalazków technicznych i opanowania przyrody, ale jej zmysł moralny jest tak słaby, iż nie umie tymi wielkimi zdobyczami kierować w sposób zdrowy, dobroczynny i szlachetny. Niema prawie żadnego większego wynalazku, który nie stałby się niebezpieczny w rękach ludzi egoistycznych i moralnie ślepych; który by nie mógł być użyty na szkodę ludzkości zamiast dla jej dobra. Wynajdujemy potężne środki wybuchowe, odkrywamy nie przeczuwane dotąd siły przyrody, lecz nie używamy ich dla wzbogacenia życia, dla ułatwienia warunków pracy człowiekowi, dla udostępnienia wszystkim wykształcenia, a używamy ich (lub przygotowujemy się do użycia) w celach wojny, mordu, zniszczenia i poddania całych narodów najgorszemu wyzyskowi i niewoli. Opanowaliśmy powietrze i nadpowietrzne przestrzenie, żywimy ambitne zamiary podboju innych planet, lecz wszystkie ku temu przyrządy i wspaniałe techniczne narzędzia, są jednocześnie narzędziami zniszczenia i śmierci, z potworną możliwością unicestwienia wszelkiego życia na ziemi i zagłady ludzkości. Wynalazcy i uczeni jednego narodu obliczają ile ich ostatnie odkrycia zdołają zburzyć miast – wraz ze wszystkimi pomnikami wielowiekowej kultury – jak szybko i ile tysięcy milionów ludności, należącej do wrogiego obozu, mogą za jednym zamachem zmiażdżyć, obracając w perzynę tysiące kilometrów uprawnych pól, ogrodów, plantacji...

Gdzież mamy szukać nauki, która by nas mogła od tego nieludzkiego szaleństwa powstrzymać? Która by nas zdołała przekonać, że człowiek to nie tylko organizm fizyczny i kłębek dzikich żądz, ale i Duch; że Potęga najwyższa i prawo moralne to nie fantazje i nie przesądy, a niezbite fakty przyrody. Że to prawo wciąż rządzi światem i jest równie niezłomne i niezawodne, jak prawa fizyki, na których podstawie czynimy tyle zadziwiających odkryć; że wedle niego każdy zbiera plon własnego siewu i nikt się nie może spod jego działania uchylić, ani, choćby największym sprytem, wymigać. Jakaż nauka, czy filozofia może nas tego nauczyć?

A, że ludzie szukają dziś na te dręczące pytania odpowiedzi dowodzi mnożenie się sekt i pseudo-spirytualistycznych stowarzyszeń; dowodzą rzesze skądinąd inteligentnych i krytycznych ludzi oblegające tzw. „jasnowidzów”, którzy biorą słone pieniądze za swe rzekome, albo i prawdziwe nieco wyżej rozwinięte, szerzej działające zmysły wzroku czy słuchu, co im pozwala dawać moralne rady swym „pacjentom”. A zwrotne wzmaganie się pogoni za użyciem, bogactwem i upojeniem zmysłów, czyż nie jest aż nazbyt częstą ucieczką od siebie, od pytań, na które nie znajduje się nigdzie odpowiedzi, od udręki, która zdaje się bezsensem? Iluż to ludzi umyślnie pozwala się unosić prądowi najbardziej powierzchownego życia, byle nie myśleć, bo i tak nigdzie się nie da „zarzucić kotwicy”. Żyją z dnia na dzień; to co słyszą z ust „duszpasterzy”, te ogólniki, pozbawione nieraz zdrowego sensu i praktycznej rady, nie wystarcza, propaganda agnostycyzmu nie zadawalania również; zawisają w pustce, albo zasłaniają przed nią oczy w lęku lub... chwytają się jak tonący brzytwy pierwszej lepszej teorii, nieraz absurdalnych sekt, czy zrzeszeń chcących „zbawiać świat”. A w rezultacie powstaje w ludzkich umysłach zupełny chaos. A przecie niemal każdy choć trochę myślący człowiek chciałby znaleźć odpowiedz na jedno zasadnicze pytanie: czy życie ma jakiś cel? Czy jego własne istnienie z jego cierpieniem, wysiłkiem, trudem, chwilową radością a długą gnębiącą szarzyzną i udręką, do czegoś prowadzi, ma jakąś wartość i sens? „Zrozumieć cel życia”! czyż nie jest to od wieków pragnieniem człowieka? Epoki wiary religijnej prostej i naiwnej, dawały na to pytanie odpowiedź, jak i okresy w życiu ludzkości, gdy wielkie filozofie (Indie, Grecja, Egipt) podawały wyjaśnienie górne, wzniosłe, trudne, ale przecie dostępne. A dziś? Któż z ludzi wrażliwych, może przejść po najnędzniejszych przedmieściach Nowego Jorku, Londynu, Paryża, bez najgłębszego wstrząsu i tragicznego pytania: „Jak może istota ludzka spaść, aż na takie dno nędzy?” A sama myśl o sadyzmie, choćby, zgoła patologicznym, ale przeważnie tylko pozłotką cywilizacji przykrytej dzikości – Nazich, może przyprawić religijnego człowieka o zwątpienie, a humanitarnego o bezradność. Więc za wszelką cenę nie myśleć, zapomnieć, odwrócić się. Ale się nie da.

Stoimy dziś na rozdrożu. Moc zdobyta przez naukę, władza nad przyrodą, luksusy dostępne licznym rzeszom, czyż dają szczęście? Mocarz i bogacz w jednych dziedzinach, widzialnego świata, jakże bardzo jest człowiek dzisiejszy ubogi w spokój i szczęście w porównaniu do innych epok przeszłości?

Tak, stoimy na rozdrożu. Daleko za nami rozciąga się przebyta droga, ciężka i żmudna choć rozświetlana błyskawicami natchnień i zachwytów. Brała początek na czarujących wyżynach wiary prostej i bezkrytycznej; schodziła krętym szlakiem na równiny szarego życia, wiła się przez mokradła użycia, to znów wspinała na stoki spadziste, wiodła przez ugory religijnego i uczuciowego indyferentyzmu, aż oto zeszła w niziny sceptycznych zwątpień, aż w cynizm, jałowy, zimny i beztwórczy.

A dalej? Czy w miarę dalszych odkryć nauki człowiek wzleci na inne planety wraz ze swą nędzą i pustką wewnętrzną? Czy...? Tak, mamy dwie drogi przed sobą. Jedna wiedzie w naukowy agnostycyzm, obojętność dla walk i zmagań, a nade wszystko tęsknot duszy człowieka i jej żywiołowej potrzeby modlitwy i czci; w negowanie duchowych czynników, w odrzucenie moralnych prawd. Druga prowadzi do tak wszechstronnego zrozumienia celu i sensu życia, do tak wszechogarniających czucia wespół z wszelką żyjącą istotą, że nawet dawne proste, „naiwne”, odczuwanie bliskości jedynego Ducha i realności niewidzialnych Prawd, staje się na tej drodze możliwe.

Niejeden z myślicieli chrześcijańskich wspominał w ostatnich dziesięcioleciach, że Chrześcijaństwo odzyska swój potężny wpływ na wykształcone i światłe umysły, gdy wróci do swej dawnej, przez pewien czas zapomnianej wiary w wielokrotne żywoty człowieka na ziemi. Cóż bowiem jeśli nie nauka o reinkarnacji może nam dać wyjście z obecnego impasu, co może na nowo, a przekonywująco wskazać cel całej ewolucji i zadanie w niej człowieka?

Przyjęcie Reinkarnacji, choćby jako roboczej hipotezy, umożliwia uznanie obecności Ducha – a więc i Wszechducha – nawet najbardziej ścisłym, naukowym umysłom, gdyż łączy w skoordynowaną i logiczną całość zdobycze naukowe i wiedzę o prawie moralnym, tak jednostronnie i ciasno rozumianym przez religię. Jest w stanie dać człowiekowi nadzieję, przywracając mu ufność w sprawiedliwość praw rządzących wszechświatem, ukazując wielki cel ewolucji, zarówno rozwoju fizycznych organizmów i gatunków, jak i wspaniałego rozwoju potęg i władz, talentów i... cnót, czyli wartości moralnych człowieka, na pięknej, dumnej, ach nie łatwej jego drodze ku szczytom swego „gatunku”:, gdzie się już ponadeń, w nad-człowieczeństwo.

Tylko przyjęcie reinkarnacji – choćby jako roboczej hipotezy, póki się nie znajdzie lepiej, wyjaśniającej większą ilość zaobserwowanych faktów – jest w stanie wytłumaczyć logicznie tzw. „okrucieństwo przyrody” wskazując, że na niższych od człowieka szczeblach chodzi o rozwój najlepiej przydatnych, najdokładniej przystosowanych organizmów; że gdy jedne giną życie, które je ożywiało nie ginie, a przechodzi w inne, doskonalsze kształty, więc okrucieństwo jest jeno pozorne. Podobnie wyjaśnia, że w życiu człowieka nie istnieją tzw. „nie zasłużone ciosy”, miażdżące a niesprawiedliwe cierpienia, że każde jest najlogiczniejszym skutkiem naszych własnych czynów, tak ułożonym abyśmy, jak najszybciej zrozumieli działanie Prawa, a poznawszy je umieli chętnie i dobrowolnie uzgadniać z nim swe czyny, myśli i pragnienia; a gdy się tego uczymy cierpienie powoli maleje, albo też siły nasze tak się wzmagają, iż potrafimy je „witać” niemal z radością, jako krok ku wyzwoleniu z więzów; jako sposobność, że nic, dosłownie nic, nie może ani nami zachwiać, ani do głębi wstrząsnąć. Lęk przed cierpieniem jest jednym z najgorszych nieszczęść człowieka, jedną z największych przeszkód do jego szybkiego a nawet normalnego rozwoju. Ileż to zbrodni, ile krzywd sie popełnia chcąc uniknąć lub zabezpieczyć się przed fizycznym lub moralnym cierpieniem! Tylko przyjęcie, a potem pewność reinkarnacji, mogą nie tylko ten lęk całkowicie zniweczyć, ale wzbudzić w nas rodzaj dumnego „wyzwania”: „chodźcie wszystkie nieszczęścia i ciosy, nie ugnę się, a powitam was jako najlepszych przyjaciół”.

Tylko przyjęcie reinkarnacji może nam dać niespożytą wiarę w Siebie, oraz pewność zwycięstwa choćbyśmy się niezliczone razy potykali i nie umieli żyć z tym, co jest w nas najwyższe; tą niezachwianą pewność, że ewolucja się nie cofa, że każdy upadek może być zmienny o krok wzwyż, a każda porażka w nową zdobycz; że najciemniejsza noc jest tylko krótkotrwałym wstępem do wspaniałości świtu; a wraz z tą pewnością rodzi się pogoda, moc i niczym z zewnątrz nie uwarunkowana Radość, która, jak to wkrótce sami odkrywamy, jest u podstaw istnienia.

Zmienia również nasz stosunek do ludzi, poczynamy rozumieć, że ci którzy nas krzywdzą, czy potępiają, starają się zepchnąć nas w dół lub zadają ból, są jeno „narzędziami” losu, którzy sami sobie zgotowaliśmy, są jakby pionkami na wielkiej szachownicy życia, jakże bardzo często „bez winnymi” i nieświadomymi wykonawcami bezosobistego Prawa. Znika gorycz, „rozczarowania” i pretensje do losu, niechęć i złość, odwety i zemsty, bowiem rozumiemy, że muszą one zgotować nam nową sumę udręki i bólu w następnym życiu.

Rodzi się głębokie rozumienie każdego człowieka tam, gdzie się w swej ewolucji znajduje; wyrozumiałość dla wszelkich jego słabości, niedociągnięć, czy wręcz występków i „grzechów”, bowiem jasne nam jest, że nie można wymagać od dziecka opanowania ludzi dorosłych, a od nieuka rozumu i wiedzy. Zdobędą je z czasem; a jeśli myśmy już je zdobyli, nie jest to podstawą do wyniosłej dumy, do wywyższania się i lekceważenia innych.

Można śmiało powiedzieć ze przyjęcie całą swą istotą, choćby możliwości reinkarnacji, starając się patrzeć na wszelkie zjawiska życia, (a nade wszystko na to, co nas spotyka) w jej świetle, jest najkrótszą drogą do zdobycia optymizmu, pogody, spokoju, energii w nieustającej pracy i twórczości, a wreszcie... szczęścia; tego stanu niezamąconej wewnętrznej radości, której wszak wszyscy szukamy.

W nadziei, iż te strony mogą pomóc skompilowałam i ułożyłam tą książeczkę. Zastanów się nad nią czytelniku, sprawdzaj starannie czy ta nauka jest w stanie wyjaśniać wszystkie, dotychczas zawiłe i trudne pytania jakie cię nieraz dręczyły; czy rzuca, większe nad inne teorie, światło, na najtrudniejsze problemy istnienia; a jeśli po pewnym czasie przekonasz się, że tak jest, przyjm ją swobodnie, jako hipotezę, dopóki lepszej nie znajdziesz; ale tymczasem staraj się żyć wedle tej nauki, a przekonasz się sam jakie uczynisz odkrycia, jakie nowe światy otworzą się przed tobą.


Wanda Dynowska